najszybszy kilometr w życiu
Wtorek, 3 kwietnia 2012 Kategoria bieganie, trening
| Km: | 0.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 00:49 | km/h: | 0.00 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | 171171 ( 95%) | HRavg | 154( 85%) |
| Kalorie: | kcal | Podjazdy: | m | Aktywność: Jazda na rowerze | |||
Dzisiaj trening biegowy, niezbyt ekstremalny. Marek koniecznie chciał iść na "stadion" i biegać po bieżni więc potruchtaliśmy w tamtą stronę. Biegło mi się dzisiaj super fajnie. Aura była przyjemna, nie za ciepło, nie za zimno, wiatr zdecydowanie zelżał więc było OK. Zaplanowane były 3 1-kilometrowe odcinki w OWB2 z przerwami. I naprawdę, jestem w szoku, jak dobrze mi się te odcinki biegło. Zrobiłam chyba najszybszy kilometr biegowy w swojej dotychczasowej "karierze", bo pierwsze OWB2 było w tempie 05:11! Pozostałe dwa niewiele wolniej :)
2 km rozgrzewka
1 km OWB2 x 4 min x 3 (05:11, 05:14, 05:15)
ok. 2 ok rozbieganie
2 km rozgrzewka
1 km OWB2 x 4 min x 3 (05:11, 05:14, 05:15)
ok. 2 ok rozbieganie
tuning
Wtorek, 3 kwietnia 2012 Kategoria wycieczki i inne spontany, ze zdjęciami
| Km: | 5.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 00:20 | km/h: | 15.00 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| Kalorie: | kcal | Podjazdy: | m | Sprzęt: Scott Scale 70 | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Przyznam się, nie jeździłam od niedzieli. Z prostego powodu. Tak się poobcierałam na zawodach, że nawet nie miałam ochoty patrzeć na siodło, a co dopiero siedzieć na nim. Ale w końcu trzeba było zafundować rowerkowi myjnię po zawodach więc dzisiaj ruszyłam tyłek. Przy okazji chciałam zajechać do Airbike w paru sprawach. Towarzyszył mi Krzysiek, chociaż lojalnie go uprzedziłam przedtem, że wycieczka ze mną będzie ekstremalnie krótka ;)
Na szczęście otarcia trochę "przyschły" więc mogłam dzisiaj jechać, choć bardzo ostrożnie opierałam się na siodle.
Po myjni, w Airbiku, musieliśmy trochę odczekać - jak zwykle przy początku sezonu pracownicy sklepów rowerowych są mocno zajęci. Gdy tak czekaliśmy, pojawił się Janek. Podobno tylko tutaj można było kupić suport do jego kolarki.
Gdy w końcu jeden z pracowników zwolnił się, dowiedziałam się, że owszem - do mojej nowej sztycy jak najbardziej można zamontować upatrzone przeze mnie siodło (była wątpliwa kwestia średnicy prętów, które w tym siodle mają owalny przekrój 7/8mm). Korzystając zatem z okazji, poprosiłam o zamontowanie sztycy i siodła (za które oczywiście zapłaciłam, a sztycę dostałam wcześniej w prezencie od Marka), czym dodałam mojemu roweru trochę wartości. Uf!


Wracało mi się dużo lepiej na tym siodle, niż na poprzednim. Zupełnie nie odczuwałam na nim dyskomfortu w tych miejscach, gdzie były otarcia. Chociaż wydaje się dość twarde, w porównaniu do analogicznego siodła, które mam w kolarce (jedyna różnica to tytanowe a nie carbonowe pręty w siodle w kolarce)
Ciekawe, ale to chyba jakaś autosugestia...
Na szczęście otarcia trochę "przyschły" więc mogłam dzisiaj jechać, choć bardzo ostrożnie opierałam się na siodle.
Po myjni, w Airbiku, musieliśmy trochę odczekać - jak zwykle przy początku sezonu pracownicy sklepów rowerowych są mocno zajęci. Gdy tak czekaliśmy, pojawił się Janek. Podobno tylko tutaj można było kupić suport do jego kolarki.
Gdy w końcu jeden z pracowników zwolnił się, dowiedziałam się, że owszem - do mojej nowej sztycy jak najbardziej można zamontować upatrzone przeze mnie siodło (była wątpliwa kwestia średnicy prętów, które w tym siodle mają owalny przekrój 7/8mm). Korzystając zatem z okazji, poprosiłam o zamontowanie sztycy i siodła (za które oczywiście zapłaciłam, a sztycę dostałam wcześniej w prezencie od Marka), czym dodałam mojemu roweru trochę wartości. Uf!


Wracało mi się dużo lepiej na tym siodle, niż na poprzednim. Zupełnie nie odczuwałam na nim dyskomfortu w tych miejscach, gdzie były otarcia. Chociaż wydaje się dość twarde, w porównaniu do analogicznego siodła, które mam w kolarce (jedyna różnica to tytanowe a nie carbonowe pręty w siodle w kolarce)
Ciekawe, ale to chyba jakaś autosugestia...
Merida Mazovia MTB Otwock - pełen przekrój
Niedziela, 1 kwietnia 2012 Kategoria wyścigi, ze zdjęciami
| Km: | 42.28 | Km teren: | 41.00 | Czas: | 02:23 | km/h: | 17.74 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | 174174 ( 96%) | HRavg | 165( 91%) |
| Kalorie: | kcal | Podjazdy: | m | Sprzęt: Scott Scale 70 | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Cholerka, co to były za zawody. Takich jeszcze nie przeżyłam. Rowerowo oczywiście, bo biegowo zdarzyło się... i to nawet w tym roku.
Zimno. Naprawdę zimno. Błędem było wylezienie z ciepłego auta tak wcześnie i stanie w sektorze pół godziny. Ale ja już taka jestem... muszę być wcześniej.
Przy ustawianiu siodła po transporcie, pierwsze co, to wjeżdżam w psią kupę :) Już gdzieś to przerabiałam, w Nowym Dworze w sezonie 2010. Psia kupa na szczęście.
Sterczę w tym sektorze (czwartym). Obok marzną Marek i Krzysiek. Krzysiek dzisiaj przyjechał towarzysko, bo z wielkim żelastwem w nodze byłoby mu się trudno ścigać. W sektorze odnajduję wzrokiem Beatę z pokrewnego teamu (Świat Rowerów). Machamy do siebie. Obok sektora stoi też Daniel, kapitan mojego teamu. Po jakimś czasie dołącza do nas jeszcze Tomek. W oddali widzę Che. Mocno wieje a od czasu do czasu zawiewa śniegiem.
Nie mam dziś zbyt wielkich widoków na utrzymanie tego sektora, ale spróbuję chociaż powalczyć, żeby nie spaść dalej niż do piątki.
Start jak zwykle po asfalcie, tutaj emocje biorą górę i zapierniczam zdrowo, prawie wychodzę za skalę stref tętna ;) Oczywiście nie starcza mi pary i po wjechaniu na szuter muszę zwolnić. Gdzieś po drodze przegania mnie Tomek. Poza tym przegania mnie cały czwarty sektor i chyba duża część piątego. Niedobrze.
Cały zeszły sezon jeszcze nie nabrałam nawyku kontrolowania tętna podczas zawodów.
Do około połowy jedzie mi się stosunkowo nieźle. Poza tymi, co wyprzedzili mnie na początku, raczej mnie nikt nie wyprzedza. Jednak potem zaczynam powoli odpadać bo trasa, choć nie ma zbyt wielkich przewyższeń, jest dość interwałowa. W kółko tylko podjazd-zjazd-podjazd-zjazd. Po iluś takich zaczynam tracić siły. Ze dwa razy na piaszczystym podjeździe podprowadzam rower bo nie daję rady podjechać do końca. W dodatku nawierzchnia jest trudna. Albo mokry, lepki piach albo cały czas cieniutka warstwa lekko zasysającego opony błotka. Pełno korzeni. Pojawiają się też nieco większe błota, ale z nimi radzę sobie bez większych problemów.
Na początku jedzie mi się nieźle

Miałam nadzieję, że nie będzie strumyków, ale są. Dwa. Jeden przeskakuję z rowerem, ląduję o suchych nogach. Przy drugim już mi się tak gładko nie udaje - nogi ubłocone. Gdy widzę znów gdzieś dalej gigantyczną kałużę to już mi jest wszystko jedno - przejeżdżam, ochlapując błotem, nieopatrznie zbyt blisko stojącego, osobnika z "zabezpieczenia trasy".
Warunki atmosferyczne dają do wiwatu. Najpierw świeci słońce, potem przerabiamy deszcz, grad i śnieg, który pada prawie aż do samego końca. Cały czas mocny wiatr. A śnieg w pewnym momencie pada tak intensywny, że na trasie robi się biało i trochę ślisko.
Zawodnicy też robią się biali


Pod koniec jeszcze się ścigam z jakąś dziewczyną. Jest trudno bo co ja nadrabiam na podjazdach to ona na prostym. To nietypowe bo zwykle na prostym wygrywam takie rywalizacje. Jestem naprawdę już mocno zmęczona. W końcu jednak ją gubię.
Gdy wjeżdżam na metę, nie mam ani siły ani ochoty na finisz. Zresztą nawierzchnia na stadionie jest rozciapkana i lepka - nawet trudno się rozpędzić na czymś takim. Marek z Krzyśkiem już na mnie czekają.
Chwilę po mnie wjeżdża Tomek. Gdzie ja go wyprzedziłam - nie mam zielonego pojęcia. Za moment też dojeżdża Beata - przybijam z nią piątkę. Czyli nie było tak źle, nie cały sektor mnie wyprzedził ;)
Oddaję rower w ręce Marka, który leci zająć kolejkę do myjni. Sama idę zerknąć na wyniki. No tak - w mojej kategorii Iwona i Renata mnie wyprzedziły - te panie już znam. Jest jeszcze jedna, która dojechała przede mną - tej nie znam. W domu sprawdzam - no tak, w tym roku przeszła z K2. Czyli podium nie ma. Można jechać do domu.
W międzyczasie Krzysiek ratuje mnie od przeziębienia ciepłą herbatą z termosu, o dzięki Ci! :)
Prysznic - tu spotykam Olgę - narzeka, że około 02:30 - oraz Natalię - moją kolejną nową rywalkę (ona z kolei przeszła z dystansu Fit, ale w domu sprawdzam, że dojechała po mnie).
Po myciu szybko się pakujemy i wio do domu - za zimno na to, żeby się jeszcze kręcić po okolicy...
Mam mieszane uczucia :) Z jednej strony jestem niezadowolona trochę, z drugiej - zadowolona.
Bo tak:
Założyłam, że się zmieszczę w 02:15h. Ale nie przewidziałam, że pogoda może tak bardzo wpłynąć na szybkość jazdy. Chyba dzisiaj były wszystkie możliwe warunki, jakie tylko można sobie wyobrazić (no, może poza burzą z piorunami). Był bardzo silny wiatr, słońce, deszcz, śnieg, grad. Nawierzchnia również - pełen przekrój: piach (w większości mokry ale wciąż sypki), błoto, kałuże, strumyki, szutry, korzenie, momentami robiło się ślisko z powodu śniegu, który zaczął pokrywać nawet trasę. W zasadzie cała trasa była lekko błotnista a w takich warunkach opony mają zdecydowanie zbyt wysoką przyczepność i jedzie się niezbyt dobrze. W dodatku gdy robi się zimno (a jak padał grad i śnieg to było dość zimno) to kolana "zamarzają" tzn. nie są tak mobilne jak powinny, co też utrudnia pedałowanie. Ubrana co prawda byłam dobrze, dodatkowa warstwa na kolanach, było mi ciepło, ale i tak jakoś stawy inaczej pracują w tej temperaturze. Profil trasy w sumie dość płaski ale mocno interwałowy - ciągła zmiana biegów - podjazd, zjazd, podjazd, zjazd - i tak w kółko. W efekcie nie wyrobiłam się w tych założonych 02:15, ani nawet w 02:20! Mój czas oficjalny to 02:22:56. Więc z czasu nie jestem zadowolona. Ale warunki były naprawdę trudne.
Jestem za to zadowolona z pozycji na mecie w kategorii, bo byłam 4 na 18 startujących pań. Dla porównania - w zeszłym roku byłam 7/18 podczas pierwszych zawodów. Wyprzedziły mnie dwie moje rywalki z poprzedniego sezonu oraz jedna nowa. Strata do najlepszej 13:45.
Pierwsze trzy panie wjechały na metę w bardzo małych odstępach (wszystkie wjechały w ciągu 1:10 min.) więc w zasadzie podobną stratę mam do całej pierwszej trójki. Z tego nie jestem zadowolona bo widać, że do czołówki muszę jeszcze trochę nadrobić. Ale znów - dla porównania: w zeszłym roku miałam stratę do pierwszej około 40 minut, a do trzeciej około 33 minuty. Więc jest postęp wręcz gigantyczny :)
W open byłam 17/45 (w zeszłym roku 34/54).
Niestety, spadłam do 7 sektora :(
Ale za to rating w kategorii doskonały 90,4% :) Gorzej w open ale Gorycka jechała... więc... eee... :)
Niezadowolona jestem bo znów wyrwałam od początku jak głupia, za szybko, źle rozłożyłam siły, poniosły mnie emocje. Zapomniałam kompletnie o kontrolowaniu tętna i w połowie wymiękłam. Ale pierwsze koty za płoty - za 2 tygodnie już będę o tym pamiętać.
No i jeszcze jedna totalna porażka... obtarłam się ostro i chwilowo nie bardzo mogę siedzieć na siodełku ;( Siodło Gianta od pół roku robi się coraz mniej wygodne, nie wiem o co chodzi - wygniotło się, czy co?
#
kadencja 82/113
Zimno. Naprawdę zimno. Błędem było wylezienie z ciepłego auta tak wcześnie i stanie w sektorze pół godziny. Ale ja już taka jestem... muszę być wcześniej.
Przy ustawianiu siodła po transporcie, pierwsze co, to wjeżdżam w psią kupę :) Już gdzieś to przerabiałam, w Nowym Dworze w sezonie 2010. Psia kupa na szczęście.
Sterczę w tym sektorze (czwartym). Obok marzną Marek i Krzysiek. Krzysiek dzisiaj przyjechał towarzysko, bo z wielkim żelastwem w nodze byłoby mu się trudno ścigać. W sektorze odnajduję wzrokiem Beatę z pokrewnego teamu (Świat Rowerów). Machamy do siebie. Obok sektora stoi też Daniel, kapitan mojego teamu. Po jakimś czasie dołącza do nas jeszcze Tomek. W oddali widzę Che. Mocno wieje a od czasu do czasu zawiewa śniegiem.
Nie mam dziś zbyt wielkich widoków na utrzymanie tego sektora, ale spróbuję chociaż powalczyć, żeby nie spaść dalej niż do piątki.
Start jak zwykle po asfalcie, tutaj emocje biorą górę i zapierniczam zdrowo, prawie wychodzę za skalę stref tętna ;) Oczywiście nie starcza mi pary i po wjechaniu na szuter muszę zwolnić. Gdzieś po drodze przegania mnie Tomek. Poza tym przegania mnie cały czwarty sektor i chyba duża część piątego. Niedobrze.
Cały zeszły sezon jeszcze nie nabrałam nawyku kontrolowania tętna podczas zawodów.
Do około połowy jedzie mi się stosunkowo nieźle. Poza tymi, co wyprzedzili mnie na początku, raczej mnie nikt nie wyprzedza. Jednak potem zaczynam powoli odpadać bo trasa, choć nie ma zbyt wielkich przewyższeń, jest dość interwałowa. W kółko tylko podjazd-zjazd-podjazd-zjazd. Po iluś takich zaczynam tracić siły. Ze dwa razy na piaszczystym podjeździe podprowadzam rower bo nie daję rady podjechać do końca. W dodatku nawierzchnia jest trudna. Albo mokry, lepki piach albo cały czas cieniutka warstwa lekko zasysającego opony błotka. Pełno korzeni. Pojawiają się też nieco większe błota, ale z nimi radzę sobie bez większych problemów.
Na początku jedzie mi się nieźle

Miałam nadzieję, że nie będzie strumyków, ale są. Dwa. Jeden przeskakuję z rowerem, ląduję o suchych nogach. Przy drugim już mi się tak gładko nie udaje - nogi ubłocone. Gdy widzę znów gdzieś dalej gigantyczną kałużę to już mi jest wszystko jedno - przejeżdżam, ochlapując błotem, nieopatrznie zbyt blisko stojącego, osobnika z "zabezpieczenia trasy".
Warunki atmosferyczne dają do wiwatu. Najpierw świeci słońce, potem przerabiamy deszcz, grad i śnieg, który pada prawie aż do samego końca. Cały czas mocny wiatr. A śnieg w pewnym momencie pada tak intensywny, że na trasie robi się biało i trochę ślisko.
Zawodnicy też robią się biali


Pod koniec jeszcze się ścigam z jakąś dziewczyną. Jest trudno bo co ja nadrabiam na podjazdach to ona na prostym. To nietypowe bo zwykle na prostym wygrywam takie rywalizacje. Jestem naprawdę już mocno zmęczona. W końcu jednak ją gubię.
Gdy wjeżdżam na metę, nie mam ani siły ani ochoty na finisz. Zresztą nawierzchnia na stadionie jest rozciapkana i lepka - nawet trudno się rozpędzić na czymś takim. Marek z Krzyśkiem już na mnie czekają.
Chwilę po mnie wjeżdża Tomek. Gdzie ja go wyprzedziłam - nie mam zielonego pojęcia. Za moment też dojeżdża Beata - przybijam z nią piątkę. Czyli nie było tak źle, nie cały sektor mnie wyprzedził ;)
Oddaję rower w ręce Marka, który leci zająć kolejkę do myjni. Sama idę zerknąć na wyniki. No tak - w mojej kategorii Iwona i Renata mnie wyprzedziły - te panie już znam. Jest jeszcze jedna, która dojechała przede mną - tej nie znam. W domu sprawdzam - no tak, w tym roku przeszła z K2. Czyli podium nie ma. Można jechać do domu.
W międzyczasie Krzysiek ratuje mnie od przeziębienia ciepłą herbatą z termosu, o dzięki Ci! :)
Prysznic - tu spotykam Olgę - narzeka, że około 02:30 - oraz Natalię - moją kolejną nową rywalkę (ona z kolei przeszła z dystansu Fit, ale w domu sprawdzam, że dojechała po mnie).
Po myciu szybko się pakujemy i wio do domu - za zimno na to, żeby się jeszcze kręcić po okolicy...
Mam mieszane uczucia :) Z jednej strony jestem niezadowolona trochę, z drugiej - zadowolona.
Bo tak:
Założyłam, że się zmieszczę w 02:15h. Ale nie przewidziałam, że pogoda może tak bardzo wpłynąć na szybkość jazdy. Chyba dzisiaj były wszystkie możliwe warunki, jakie tylko można sobie wyobrazić (no, może poza burzą z piorunami). Był bardzo silny wiatr, słońce, deszcz, śnieg, grad. Nawierzchnia również - pełen przekrój: piach (w większości mokry ale wciąż sypki), błoto, kałuże, strumyki, szutry, korzenie, momentami robiło się ślisko z powodu śniegu, który zaczął pokrywać nawet trasę. W zasadzie cała trasa była lekko błotnista a w takich warunkach opony mają zdecydowanie zbyt wysoką przyczepność i jedzie się niezbyt dobrze. W dodatku gdy robi się zimno (a jak padał grad i śnieg to było dość zimno) to kolana "zamarzają" tzn. nie są tak mobilne jak powinny, co też utrudnia pedałowanie. Ubrana co prawda byłam dobrze, dodatkowa warstwa na kolanach, było mi ciepło, ale i tak jakoś stawy inaczej pracują w tej temperaturze. Profil trasy w sumie dość płaski ale mocno interwałowy - ciągła zmiana biegów - podjazd, zjazd, podjazd, zjazd - i tak w kółko. W efekcie nie wyrobiłam się w tych założonych 02:15, ani nawet w 02:20! Mój czas oficjalny to 02:22:56. Więc z czasu nie jestem zadowolona. Ale warunki były naprawdę trudne.
Jestem za to zadowolona z pozycji na mecie w kategorii, bo byłam 4 na 18 startujących pań. Dla porównania - w zeszłym roku byłam 7/18 podczas pierwszych zawodów. Wyprzedziły mnie dwie moje rywalki z poprzedniego sezonu oraz jedna nowa. Strata do najlepszej 13:45.
Pierwsze trzy panie wjechały na metę w bardzo małych odstępach (wszystkie wjechały w ciągu 1:10 min.) więc w zasadzie podobną stratę mam do całej pierwszej trójki. Z tego nie jestem zadowolona bo widać, że do czołówki muszę jeszcze trochę nadrobić. Ale znów - dla porównania: w zeszłym roku miałam stratę do pierwszej około 40 minut, a do trzeciej około 33 minuty. Więc jest postęp wręcz gigantyczny :)
W open byłam 17/45 (w zeszłym roku 34/54).
Niestety, spadłam do 7 sektora :(
Ale za to rating w kategorii doskonały 90,4% :) Gorzej w open ale Gorycka jechała... więc... eee... :)
Niezadowolona jestem bo znów wyrwałam od początku jak głupia, za szybko, źle rozłożyłam siły, poniosły mnie emocje. Zapomniałam kompletnie o kontrolowaniu tętna i w połowie wymiękłam. Ale pierwsze koty za płoty - za 2 tygodnie już będę o tym pamiętać.
No i jeszcze jedna totalna porażka... obtarłam się ostro i chwilowo nie bardzo mogę siedzieć na siodełku ;( Siodło Gianta od pół roku robi się coraz mniej wygodne, nie wiem o co chodzi - wygniotło się, czy co?
#
kadencja 82/113
czasem słońce, czasem... grad
Piątek, 30 marca 2012 Kategoria trening
| Km: | 36.41 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 01:39 | km/h: | 22.07 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | 170170 ( 94%) | HRavg | 145( 80%) |
| Kalorie: | kcal | Podjazdy: | m | Sprzęt: b'twin Triban 3 (sprzedany) | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Wczoraj pogoda spłatała mi z rana psikusa - już byłam naszykowana na rower a tu... nawałnica jak cholera! No więc odpuściłam rower i po południu tylko pubkomem ruszyłam się do Centrum Olimpijskiego, odebrać pakiet Mazovii. Jedyna sportowa aktywność w tym dniu to był sprint do autobusu (jeeeej, kiedy ja ostatnio biegłam do autobusu, chyba z 5 lat temu).
Dzisiaj dla odmiany rano źle się czułam. Dopiero co byłam chora a znowu coś mnie łapie. I to fatalnie, akurat przed zawodami. Znów nie pojechałam rowerem, ale w planie był trening więc skorzystałam z tego, że po południu samopoczucie się trochę poprawiło i pogoda też.
Dzisiaj wiatr nie był taki silny. Całkiem nieźle mi się jeździło na pętli po okolicach Okrzeszyna i Bielawy. Jednak podczas treningu najpierw złapał mnie grad a potem deszcz. Oba podczas pięciominutowych odcinków jazdy w II strefie. Niestety, trudno było im akurat trafić w przerwy bo przerwy trwały jedynie minutkę ;)
Całe szczęście, że zabrałam kamizelkę i ocieplacze na buty bo przy powrocie było mi już nieźle zimno.
Podczas treningu widziałam łabądki i bażanta :) Wiosna niby, ale jakaś taka niemrawa...
Za to jak wracałam, to chyba do mnie się ktoś z roweru wydarł "Kantele!!!", ale że akurat byłam w pozycji "napieraj dla szatana", na baranku i bardzo chciałam już być w domu to nie zatrzymałam się, żeby sprawdzić...
Swoją drogą, baranek okazuje się być całkiem wygodny. W zasadzie cały dzisiejszy trening spędziłam na baranku i było OK. Brakuje mi jedynie możliwości zmiany biegów w kasecie na twardsze w tej pozycji.
rozgrzewka
5x 5min dolny zakres II strefy, ostatnie 20 sek w pedałach x 1min
rozjazd
Dzisiaj dla odmiany rano źle się czułam. Dopiero co byłam chora a znowu coś mnie łapie. I to fatalnie, akurat przed zawodami. Znów nie pojechałam rowerem, ale w planie był trening więc skorzystałam z tego, że po południu samopoczucie się trochę poprawiło i pogoda też.
Dzisiaj wiatr nie był taki silny. Całkiem nieźle mi się jeździło na pętli po okolicach Okrzeszyna i Bielawy. Jednak podczas treningu najpierw złapał mnie grad a potem deszcz. Oba podczas pięciominutowych odcinków jazdy w II strefie. Niestety, trudno było im akurat trafić w przerwy bo przerwy trwały jedynie minutkę ;)
Całe szczęście, że zabrałam kamizelkę i ocieplacze na buty bo przy powrocie było mi już nieźle zimno.
Podczas treningu widziałam łabądki i bażanta :) Wiosna niby, ale jakaś taka niemrawa...
Za to jak wracałam, to chyba do mnie się ktoś z roweru wydarł "Kantele!!!", ale że akurat byłam w pozycji "napieraj dla szatana", na baranku i bardzo chciałam już być w domu to nie zatrzymałam się, żeby sprawdzić...
Swoją drogą, baranek okazuje się być całkiem wygodny. W zasadzie cały dzisiejszy trening spędziłam na baranku i było OK. Brakuje mi jedynie możliwości zmiany biegów w kasecie na twardsze w tej pozycji.
rozgrzewka
5x 5min dolny zakres II strefy, ostatnie 20 sek w pedałach x 1min
rozjazd
truchtanie z Kasią
Środa, 28 marca 2012 Kategoria bieganie, trening
| Km: | 0.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 00:45 | km/h: | 0.00 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | 157157 ( 87%) | HRavg | 147( 81%) |
| Kalorie: | kcal | Podjazdy: | m | Aktywność: Jazda na rowerze | |||
Pierwszy raz w życiu biegałam z kim innym niż ja sama lub Marek.
Otóż, wyciągnęłam na bieganie koleżankę z pracy. W planie było dzisiaj spokojne, niedługie wybieganie, bez wyćwirów - ot na rozluźnienie po półmaratonie. Marek nie mógł ze mną dzisiaj iść bo boli go łydka. A Kasia przyznała mi się ostatnio, że wróciła do biegania. To był dobry pretekst, żeby ją wyciągnąć.
Dzięki niej naprawdę bieg był spokojny, nawet z przerwami na chwile odpoczynku, ale nie biegło mi się dzisiaj dobrze. Kolka mnie złapała a poza tym chyba półmaraton trochę się odbił na moim organiźmie - mimo tego, że nie widzę żadnych tego objawów na co dzień.
Otóż, wyciągnęłam na bieganie koleżankę z pracy. W planie było dzisiaj spokojne, niedługie wybieganie, bez wyćwirów - ot na rozluźnienie po półmaratonie. Marek nie mógł ze mną dzisiaj iść bo boli go łydka. A Kasia przyznała mi się ostatnio, że wróciła do biegania. To był dobry pretekst, żeby ją wyciągnąć.
Dzięki niej naprawdę bieg był spokojny, nawet z przerwami na chwile odpoczynku, ale nie biegło mi się dzisiaj dobrze. Kolka mnie złapała a poza tym chyba półmaraton trochę się odbił na moim organiźmie - mimo tego, że nie widzę żadnych tego objawów na co dzień.
czy tak już będzie zawsze?
Środa, 28 marca 2012 Kategoria dojazdy
| Km: | 22.95 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 01:07 | km/h: | 20.55 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | 165165 ( 91%) | HRavg | 131( 72%) |
| Kalorie: | kcal | Podjazdy: | m | Sprzęt: b'twin Triban 3 (sprzedany) | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Rano zimno, tylko +3 stopnie więc oczywiście długie ciuchy itede. W ciągu dnia świeciło słonko i przygrzało nieźle. Jak wychodziłam z pracy to stacja meteo pokazywała +18 stopni! Nie założyłam zatem spodniej warstwy ale w zimowych długich nogawkach i rękawie i tak mi było za ciepło. Zgrzałam się jak ruda mysz.
W dodatku oczywiście, jak zwykle ostatnio, na ostatnim odcinku od Kabat do domu, silny wmordewind. Ciągle ostatnio są takie silne wiatry. I cały zeszły rok był taki wietrzny. Ja rozumiem, globalne ocieplenie, sraty taty, ale do cholery, mogłoby przestać bo się żyć nie da.
W dodatku oczywiście, jak zwykle ostatnio, na ostatnim odcinku od Kabat do domu, silny wmordewind. Ciągle ostatnio są takie silne wiatry. I cały zeszły rok był taki wietrzny. Ja rozumiem, globalne ocieplenie, sraty taty, ale do cholery, mogłoby przestać bo się żyć nie da.
oj, przydał się baranek dzisiaj
Wtorek, 27 marca 2012 Kategoria dojazdy, trening
| Km: | 45.76 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 02:10 | km/h: | 21.12 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | 160160 ( 88%) | HRavg | 128( 71%) |
| Kalorie: | kcal | Podjazdy: | m | Sprzęt: b'twin Triban 3 (sprzedany) | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Po południu zrobiło się na tyle ciepło, że w trakcie dojazdu na treningową miejscówkę musiałam się rozdziać do stanika, żeby pozbyć się bielizny termicznej :)
Dzisiaj w planie były dość długie odcinki treningowe, a ponieważ mój Przyczółek treningowy został rozkopany to postanowiłam pojechać sobie na rundę Okrzeszyn-Bielawa i okolice, gdzie - jak ostatnio odkryłam - można wygospodarować pętlę bez przeszkadzajek.
W stronę Okrzeszyna jechało mi się podejrzanie dobrze... zaczęłam mieć obawy o tę rundę, a konkretniej o możliwość wykonania jazdy w narastającym tempie przy bardzo silnym wietrze... jakoś kwestia problemów z powrotem z treningu nie przyszła mi do głowy.
W niektórych momentach wiatr wiał mocno z boku, faktycznie - zgodnie z tym co napisał ostatnio Krzysiek - wiatr próbował zrzucić mnie z rowerem w przysłowiowe kartoflisko.
Pierwsze powtórzenie źle wycyrklowałam bo ostatnie, najszybsze odcinki, wyszły pod wiatr. Więc wcale nie były najszybsze. Natomiast na pewno były z bardzo wysokim tętnem.
W drugim powtórzeniu odwróciłam kierunek jazdy i było lepiej.
Niestety, z tamtych okolic trzeba było jeszcze wrócić do domu... i to była chyba najgorsze bo po dość intensywnym treningu, kolejne 15 km wmordewindu przy powrocie do domu, naprawdę dały mi w kość.
Baranek się bardzo przydał bo końcówki powtórzeń oraz powrót do domu nie dało się jechać inaczej niż tylko na baranku, a i tak było ciężko. Wyszedł mi niechcący masakryczny trening siłowy.
Jak wróciłam do domu to zaległam na pół godziny w wannie pełnej piany... trochę pomogło ale i tak zasnęłam wieczorem jak kamień.
rozgrzewka
2 x 20 min w narastającym tempie
rozjazd
Dzisiaj w planie były dość długie odcinki treningowe, a ponieważ mój Przyczółek treningowy został rozkopany to postanowiłam pojechać sobie na rundę Okrzeszyn-Bielawa i okolice, gdzie - jak ostatnio odkryłam - można wygospodarować pętlę bez przeszkadzajek.
W stronę Okrzeszyna jechało mi się podejrzanie dobrze... zaczęłam mieć obawy o tę rundę, a konkretniej o możliwość wykonania jazdy w narastającym tempie przy bardzo silnym wietrze... jakoś kwestia problemów z powrotem z treningu nie przyszła mi do głowy.
W niektórych momentach wiatr wiał mocno z boku, faktycznie - zgodnie z tym co napisał ostatnio Krzysiek - wiatr próbował zrzucić mnie z rowerem w przysłowiowe kartoflisko.
Pierwsze powtórzenie źle wycyrklowałam bo ostatnie, najszybsze odcinki, wyszły pod wiatr. Więc wcale nie były najszybsze. Natomiast na pewno były z bardzo wysokim tętnem.
W drugim powtórzeniu odwróciłam kierunek jazdy i było lepiej.
Niestety, z tamtych okolic trzeba było jeszcze wrócić do domu... i to była chyba najgorsze bo po dość intensywnym treningu, kolejne 15 km wmordewindu przy powrocie do domu, naprawdę dały mi w kość.
Baranek się bardzo przydał bo końcówki powtórzeń oraz powrót do domu nie dało się jechać inaczej niż tylko na baranku, a i tak było ciężko. Wyszedł mi niechcący masakryczny trening siłowy.
Jak wróciłam do domu to zaległam na pół godziny w wannie pełnej piany... trochę pomogło ale i tak zasnęłam wieczorem jak kamień.
rozgrzewka
2 x 20 min w narastającym tempie
rozjazd
odkurzony Triban
Wtorek, 27 marca 2012 Kategoria dojazdy
| Km: | 9.45 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 00:30 | km/h: | 18.90 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | 156156 ( 86%) | HRavg | 135( 75%) |
| Kalorie: | kcal | Podjazdy: | m | Sprzęt: b'twin Triban 3 (sprzedany) | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Z tydzień nie jeździłam na Tribanie ale wczoraj wyeliminowałam uciążliwe piski i zamontowałam na nim z powrotem siodło, które testowałam w Scotcie ostatnio. W dodatku moja wieczorna walka z nową sztycą do Scotta zakończyła się niepowodzeniem i nie chciało mi się już montować starej sztycy i siodła do niego, więc wsiadłam rano na Tribana.
Pochmurno i bardzo wietrznie, w odczuciu dość chłodno. W dodatku zapowiadali na dzisiaj deszcz. Jeden słoneczny weekend wiosny nie czyni - nie ma jeszcze warunków żeby wskoczyć w krótkie ciuchy. Ubieram się prawie jak na Sybir i mam już dość tych barchanów. Ja już chcę w krótkie!
Pochmurno i bardzo wietrznie, w odczuciu dość chłodno. W dodatku zapowiadali na dzisiaj deszcz. Jeden słoneczny weekend wiosny nie czyni - nie ma jeszcze warunków żeby wskoczyć w krótkie ciuchy. Ubieram się prawie jak na Sybir i mam już dość tych barchanów. Ja już chcę w krótkie!
że tak fachowo powiem... "regen"
Poniedziałek, 26 marca 2012 Kategoria dojazdy, ze zdjęciami
| Km: | 23.80 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 01:15 | km/h: | 19.04 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | 157157 ( 87%) | HRavg | 125( 69%) |
| Kalorie: | kcal | Podjazdy: | m | Sprzęt: Scott Scale 70 | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Rano czułam się trochę zmęczona i obolała po wczorajszym półmaratonie i zastanawiałam się, czy jechać na rowerze do pracy czy jednak odpocząć. Ale na dworze, choć zimno (-0,4 stopnia), było bardzo ładnie. Uznałam więc, że szkoda marnować ładnej pogody a moim kulasom ponadto przyda się jak nimi trochę pomerdam.
W obie strony jechałam naprawdę spokojnym tempem, trzymając tętno w ryzach. W końcu to miała być przejażdżka regeneracyjna. Z tego samego powodu nie machnęłam dzisiaj 30 kilometrów, choć miałam wielką ochotę.
Rano było naprawdę rześko. Ubrana byłam na zimowo a i tak trochę zmarzłam. Po południu lepiej, ale ponieważ jazda nie była jakaś szybka to też się nie zgrzałam.
Gdy wróciłam do domu, okazało się, że czeka na mnie sztyca. Polowałam na carbonową sztycę (jedną z dwóch, które sobie upatrzyłam) chyba od października!

Prawie od razu się za nią zabrałam ale... oczywiście jest problem. Mianowicie, sztyca ma specjalna strefę, która zapobiega jej zgnieceniu przez zacisk. Problem jest tylko taki, że ta strefa jest z tyłu sztycy... a w moim rowerze szczelina w rurze podsiodłowej i śruba zacisku są z przodu... SZLAG! Ponieważ nie udało mi się na szybko znaleźć w necie, czy można ją mimo to zamocować, muszę poczekać z zamocowaniem jej w rowerze aż uda mi się uzyskać tę informację. W końcu nie chcemy uszkodzić od razu sztycy za prawie 5 stów, prawda?
W obie strony jechałam naprawdę spokojnym tempem, trzymając tętno w ryzach. W końcu to miała być przejażdżka regeneracyjna. Z tego samego powodu nie machnęłam dzisiaj 30 kilometrów, choć miałam wielką ochotę.
Rano było naprawdę rześko. Ubrana byłam na zimowo a i tak trochę zmarzłam. Po południu lepiej, ale ponieważ jazda nie była jakaś szybka to też się nie zgrzałam.
Gdy wróciłam do domu, okazało się, że czeka na mnie sztyca. Polowałam na carbonową sztycę (jedną z dwóch, które sobie upatrzyłam) chyba od października!

Prawie od razu się za nią zabrałam ale... oczywiście jest problem. Mianowicie, sztyca ma specjalna strefę, która zapobiega jej zgnieceniu przez zacisk. Problem jest tylko taki, że ta strefa jest z tyłu sztycy... a w moim rowerze szczelina w rurze podsiodłowej i śruba zacisku są z przodu... SZLAG! Ponieważ nie udało mi się na szybko znaleźć w necie, czy można ją mimo to zamocować, muszę poczekać z zamocowaniem jej w rowerze aż uda mi się uzyskać tę informację. W końcu nie chcemy uszkodzić od razu sztycy za prawie 5 stów, prawda?
Półmaraton Warszawski
Niedziela, 25 marca 2012 Kategoria ze zdjęciami, zawody biegowe, bieganie
| Km: | 0.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 02:16 | km/h: | 0.00 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | 176176 ( 97%) | HRavg | 163( 90%) |
| Kalorie: | kcal | Podjazdy: | m | Aktywność: Jazda na rowerze | |||
Prawdę mówiąc, szłam dzisiaj na ten bieg z nastawieniem dość negatywnym. Źle spałam, rano czułam się jakaś taka "tąpnięta". Nie chciało mi się jeść ale wmusiłam w siebie trzy małe kanapki z nutellą. I kawę. Mało ostatnio biegałam bo najpierw byłam na wyjeździe snowboardowym a potem byłam chora. Ostatnie biegowe treningi były fatalne (w sensie samopoczucia) więc nie liczyłam zbytnio na poprawienie wyniku z Wiązowny (02:20:10). Chociaż miałam małą nadzieję, że może chociaż o kilka sekund uda mi się "ugryźć" 02:20, jednak nie nastawiałam się na to za bardzo. Założyłam jednak, że postaram się utrzymać średnią powyżej 06:35.
Dobrą decyzją okazało się - mimo pięknego słonka za oknem - założenie bluzy z długim rękawem. Na dworze wiał przenikliwy, zimny wiatr. Nawet na bluzę założyłam jeszcze kurtkę, zaraz po wyjściu z domu.
Na miejsce startu (Most Poniatowskiego, przy Stadionie Narodowym) dotarliśmy dość wcześnie. Było sporo czasu więc mogliśmy bezstresowo pójść zostawić graty w depozycie i jeszcze zajrzeć do Toia. Marek z Krzychem zostali sklasyfikowani w innej strefie startowej niż ja więc dzisiaj miałam biec samotnie. Z jednej strony mnie to trochę zmartwiło, bo jednak w towarzystwie raźniej. Z drugiej strony jednak byłam zadowolona bo po pierwsze Marek mógł sobie pobiec w swoim tempie, w którym się dobrze czuje, a nie człapać ze mną powolutku. Poza tym nie musiał oglądać moich męczarni. No i ja sama mogłam sobie regulować tempo, nie sugerując się tempem Marka. Wszystko ma swoje wady i zalety.
Niestety, pewną wadę miał również start sektorowy. Start całego maratonu był o godz. 10tej. Mój sektor, niestety, wystartował dopiero gdzieś w okolicy 10:35. Ponieważ ustawiłam się w nim gdzieś około 09:50 to czekałam na start prawie 45 minut. To naprawdę było demotywujące. Przez ten czas zdążyłam się tak zestresować, że aż zachciało mi się płakać, jednak zmusiłam się żeby się uspokoić. Niestety, tętno cały czas oscylowało w okolicach 100.
Gdy wreszcie nastąpił start, byłam już tak zestresowana i zdemotywowana, że na pierwszym kilometrze chciałam zejść z trasy. Mimo tego, że fizycznie biegło mi się całkiem nieźle i w całkiem niezłym tempie. W dodatku na horyzoncie wisiała czarna chmura i wyglądało jakby miało się rozpadać.
Przezwyciężyłam jednak tę pierwszą chwilę słabości. Powiedziałam sobie tak: "Po pierwsze, dobiegnij chociaż do cholernej palmy (ten na Rondzie DeGaulle'a) a potem zobaczymy. Po drugie, jak przebiegniesz to w nagrodę kupisz sobie nowe buty" ;)
Widok palmy podziałał na mnie mobilizująco bo okazało się, że palma była całkiem blisko ;) Gdy skręciłam w Nowy Świat, chmura gdzieś znikła i wyszło słońce, które świeciło już potem przez cały bieg. Trasa prawie w całości prowadziła dobrze mi znanymi ulicami więc dokładnie wiedziałam ile mam do kolejnych punktów charakterystycznych trasy, kolejnych zakrętów itd. Pierwsze dwa kilometry biegłam dość "ostrożnie", badając czy dobrze mi się biegnie w tym tempie (06:24, 06:23). Jednak od Nowego Światu biegło mi się już na tyle dobrze (średnie w okolicach 06:16-06:18 przez kolejne 4km), że kompletnie zaskoczył mnie widok Cytadeli. To już? Tak blisko? Super :) Do Cytadeli był fajny zbieg i a potem lekki podbieg. Potem znów zbieg z Cytadeli na Wybrzeże Gdańskie. Na tym odcinku, dzięki kawałkom w dół, miałam średnią 06:00. Gdzieś tu wciągnęłam Carbosnacka i zatrzymałam się na moment na paśniku po wodę. Następny kilometr to 06:19 jednak na kolejnych 4 kilometrach wróciłam mniej więcej do tempa początkowego, bo już czułam, że zaczyna mnie dopadać zmęczenie.
Zbieg z Cytadeli


Kryzys dopadł mnie na 12 kilometrze, gdyż uświadomiłam sobie, że niedługo Agrykola. Zwolniłam, żeby przed Agrykolą nabrać sił (06:34) ale źle zrobiłam, bo Agrykoli i tak nie podbiegłam (tylko samą końcówkę). Przed samym podbiegiem zobaczyłam "paśnik" więc zjadłam drugi żel. Miałam to zrobić trochę później, ale stwierdziłam, że później nie będzie wody do popicia bo kolejny "paśnik" daleko. Zatrzymałam się więc po wodę... i to był błąd bo widok tego podbiegu zdemotywował mnie kompletnie. Poczułam zupełny brak siły żeby to cholerstwo podbiec. Więc następny kilometr to było tempo 07:43.
Odbiłam sobie to następnym kilometrem, gdy Ujazdowskimi pokazałam wszystkim, jak powinno się używać zbiegów. Po tym kawałku tempo trochę się poprawiło ale nie na tyle ile bym chciała (06:20). Jednak Ujazdowskie pozwoliły mi odpocząć więc następne dwa kilometry w całkiem przyzwoitym tempie (06:24, 06:21).
Na Czerniakowskiej, niestety, był straszny wmordewind. Była to już końcówka trasy ale już byłam na tyle zmęczona, że naprawdę trudno mi było utrzymać początkowe tempo. Co prawda i tak zapowiadało się, że złamię te 02:20, ale szanse na 02:15 umknęły na Agrykoli i na Czerniakowskiej. Tutaj desperacko próbowałam trzymać tempo powyżej założonego 06:35 (06:38, 06:32, 06:33).
Na ostatnim odcinku sił dodał mi widok Spartan. Naprawdę, ucieszyłam się, że ich dogoniłam i że mam szansę, nawet tak się wlokąc, jeszcze ich wyprzedzić przed metą. Udało mi się nie zwolnić na podbiegu-ślimaku na Most Poniatowskiego i wyprzedzić ich właśnie w tym miejscu. To mi naprawdę dodało skrzydeł i ostatni kilometr pobiegłam w tempie 05:59 a finiszowe 200 metrów w tempie 05:48. Co prawda ten ostatni odcinek to naprawdę myślałam, że umrę na środku ulicy, ale udało mi się. Umarłam dopiero na mecie ;)
Na mecie byłam tak podekscytowana swoim czasem (na Garminie widniało 02:16:23), że się popłakałam, próbując jednocześnie się nie udusić, łapiąc z trudem powietrze po finiszu, zgięta wpół. Po prostu nie mogłam powstrzymać łkania.
Finisz

Marek z Krzychem już na mnie czekali, ale jak mnie zobaczyli w takim stanie to nie byli pewni, czy mi coś trzeba pomóc, czy po prostu poklepać po ramieniu, czy zostawić w spokoju ;) Więc tylko nieśmiało zaproponowali mi Powerade ;)
Ich obawy dopiero rozwiały się jak się wyprostowałam i zobaczyli mój uśmiech.
Odpoczynek na widowni Stadionu Narodowego

Naprawdę obawiałam się tego startu. Obawiałam się, czy go wytrzymam, czy przebiegnę cały - głównie ze względu na ostatni brak treningów. Nie podbiegłam co prawda Agrykoli ale czuję się usprawiedliwiona ;) Było naprawdę dobrze. W porównaniu do Wiązowny, biegło mi się o niebo lepiej, czułam się dobrze. Na mecie w zasadzie też nieźle. Jestem cholernie szczęśliwa. Dużo bardziej szczęśliwa, niż po Wiązownie, gdzie zrealizowałam cel biegowy na ten rok (tzn. przebiec cały, bez "iścia").
Czas oficjalny 02:16:20
Komentarz mojego trenera, Jacka, na temat wyniku:
"Gratuluję wyniku ! Bałem się że coś przekombinowałem ale wyszło ... uf"
No ładnie, to te dwa ostatnie paskudne treningi biegowe to był podstęp...!
Dobrą decyzją okazało się - mimo pięknego słonka za oknem - założenie bluzy z długim rękawem. Na dworze wiał przenikliwy, zimny wiatr. Nawet na bluzę założyłam jeszcze kurtkę, zaraz po wyjściu z domu.
Na miejsce startu (Most Poniatowskiego, przy Stadionie Narodowym) dotarliśmy dość wcześnie. Było sporo czasu więc mogliśmy bezstresowo pójść zostawić graty w depozycie i jeszcze zajrzeć do Toia. Marek z Krzychem zostali sklasyfikowani w innej strefie startowej niż ja więc dzisiaj miałam biec samotnie. Z jednej strony mnie to trochę zmartwiło, bo jednak w towarzystwie raźniej. Z drugiej strony jednak byłam zadowolona bo po pierwsze Marek mógł sobie pobiec w swoim tempie, w którym się dobrze czuje, a nie człapać ze mną powolutku. Poza tym nie musiał oglądać moich męczarni. No i ja sama mogłam sobie regulować tempo, nie sugerując się tempem Marka. Wszystko ma swoje wady i zalety.
Niestety, pewną wadę miał również start sektorowy. Start całego maratonu był o godz. 10tej. Mój sektor, niestety, wystartował dopiero gdzieś w okolicy 10:35. Ponieważ ustawiłam się w nim gdzieś około 09:50 to czekałam na start prawie 45 minut. To naprawdę było demotywujące. Przez ten czas zdążyłam się tak zestresować, że aż zachciało mi się płakać, jednak zmusiłam się żeby się uspokoić. Niestety, tętno cały czas oscylowało w okolicach 100.
Gdy wreszcie nastąpił start, byłam już tak zestresowana i zdemotywowana, że na pierwszym kilometrze chciałam zejść z trasy. Mimo tego, że fizycznie biegło mi się całkiem nieźle i w całkiem niezłym tempie. W dodatku na horyzoncie wisiała czarna chmura i wyglądało jakby miało się rozpadać.
Przezwyciężyłam jednak tę pierwszą chwilę słabości. Powiedziałam sobie tak: "Po pierwsze, dobiegnij chociaż do cholernej palmy (ten na Rondzie DeGaulle'a) a potem zobaczymy. Po drugie, jak przebiegniesz to w nagrodę kupisz sobie nowe buty" ;)
Widok palmy podziałał na mnie mobilizująco bo okazało się, że palma była całkiem blisko ;) Gdy skręciłam w Nowy Świat, chmura gdzieś znikła i wyszło słońce, które świeciło już potem przez cały bieg. Trasa prawie w całości prowadziła dobrze mi znanymi ulicami więc dokładnie wiedziałam ile mam do kolejnych punktów charakterystycznych trasy, kolejnych zakrętów itd. Pierwsze dwa kilometry biegłam dość "ostrożnie", badając czy dobrze mi się biegnie w tym tempie (06:24, 06:23). Jednak od Nowego Światu biegło mi się już na tyle dobrze (średnie w okolicach 06:16-06:18 przez kolejne 4km), że kompletnie zaskoczył mnie widok Cytadeli. To już? Tak blisko? Super :) Do Cytadeli był fajny zbieg i a potem lekki podbieg. Potem znów zbieg z Cytadeli na Wybrzeże Gdańskie. Na tym odcinku, dzięki kawałkom w dół, miałam średnią 06:00. Gdzieś tu wciągnęłam Carbosnacka i zatrzymałam się na moment na paśniku po wodę. Następny kilometr to 06:19 jednak na kolejnych 4 kilometrach wróciłam mniej więcej do tempa początkowego, bo już czułam, że zaczyna mnie dopadać zmęczenie.
Zbieg z Cytadeli


Kryzys dopadł mnie na 12 kilometrze, gdyż uświadomiłam sobie, że niedługo Agrykola. Zwolniłam, żeby przed Agrykolą nabrać sił (06:34) ale źle zrobiłam, bo Agrykoli i tak nie podbiegłam (tylko samą końcówkę). Przed samym podbiegiem zobaczyłam "paśnik" więc zjadłam drugi żel. Miałam to zrobić trochę później, ale stwierdziłam, że później nie będzie wody do popicia bo kolejny "paśnik" daleko. Zatrzymałam się więc po wodę... i to był błąd bo widok tego podbiegu zdemotywował mnie kompletnie. Poczułam zupełny brak siły żeby to cholerstwo podbiec. Więc następny kilometr to było tempo 07:43.
Odbiłam sobie to następnym kilometrem, gdy Ujazdowskimi pokazałam wszystkim, jak powinno się używać zbiegów. Po tym kawałku tempo trochę się poprawiło ale nie na tyle ile bym chciała (06:20). Jednak Ujazdowskie pozwoliły mi odpocząć więc następne dwa kilometry w całkiem przyzwoitym tempie (06:24, 06:21).
Na Czerniakowskiej, niestety, był straszny wmordewind. Była to już końcówka trasy ale już byłam na tyle zmęczona, że naprawdę trudno mi było utrzymać początkowe tempo. Co prawda i tak zapowiadało się, że złamię te 02:20, ale szanse na 02:15 umknęły na Agrykoli i na Czerniakowskiej. Tutaj desperacko próbowałam trzymać tempo powyżej założonego 06:35 (06:38, 06:32, 06:33).
Na ostatnim odcinku sił dodał mi widok Spartan. Naprawdę, ucieszyłam się, że ich dogoniłam i że mam szansę, nawet tak się wlokąc, jeszcze ich wyprzedzić przed metą. Udało mi się nie zwolnić na podbiegu-ślimaku na Most Poniatowskiego i wyprzedzić ich właśnie w tym miejscu. To mi naprawdę dodało skrzydeł i ostatni kilometr pobiegłam w tempie 05:59 a finiszowe 200 metrów w tempie 05:48. Co prawda ten ostatni odcinek to naprawdę myślałam, że umrę na środku ulicy, ale udało mi się. Umarłam dopiero na mecie ;)
Na mecie byłam tak podekscytowana swoim czasem (na Garminie widniało 02:16:23), że się popłakałam, próbując jednocześnie się nie udusić, łapiąc z trudem powietrze po finiszu, zgięta wpół. Po prostu nie mogłam powstrzymać łkania.
Finisz

Marek z Krzychem już na mnie czekali, ale jak mnie zobaczyli w takim stanie to nie byli pewni, czy mi coś trzeba pomóc, czy po prostu poklepać po ramieniu, czy zostawić w spokoju ;) Więc tylko nieśmiało zaproponowali mi Powerade ;)
Ich obawy dopiero rozwiały się jak się wyprostowałam i zobaczyli mój uśmiech.
Odpoczynek na widowni Stadionu Narodowego

Naprawdę obawiałam się tego startu. Obawiałam się, czy go wytrzymam, czy przebiegnę cały - głównie ze względu na ostatni brak treningów. Nie podbiegłam co prawda Agrykoli ale czuję się usprawiedliwiona ;) Było naprawdę dobrze. W porównaniu do Wiązowny, biegło mi się o niebo lepiej, czułam się dobrze. Na mecie w zasadzie też nieźle. Jestem cholernie szczęśliwa. Dużo bardziej szczęśliwa, niż po Wiązownie, gdzie zrealizowałam cel biegowy na ten rok (tzn. przebiec cały, bez "iścia").
Czas oficjalny 02:16:20
Komentarz mojego trenera, Jacka, na temat wyniku:
"Gratuluję wyniku ! Bałem się że coś przekombinowałem ale wyszło ... uf"
No ładnie, to te dwa ostatnie paskudne treningi biegowe to był podstęp...!







