kanteleblog rowerowy

informacje

baton rowerowy bikestats.pl

Znajomi

wszyscy znajomi(19)

wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy kantele.bikestats.pl

linki

Wpisy archiwalne w miesiącu

Czerwiec, 2011

Dystans całkowity:945.15 km (w terenie 181.00 km; 19.15%)
Czas w ruchu:62:11
Średnia prędkość:18.39 km/h
Maks. tętno maksymalne:175 (97 %)
Maks. tętno średnie:163 (90 %)
Liczba aktywności:43
Średnio na aktywność:30.49 km i 1h 26m
Więcej statystyk

przymusowa laba

Środa, 29 czerwca 2011 Kategoria dojazdy
Km: 18.47 Km teren: 0.00 Czas: 00:58 km/h: 19.11
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: 150150 ( 83%) HRavg 126( 70%)
Kalorie: kcal Podjazdy: m Sprzęt: Scott Scale 70 Aktywność: Jazda na rowerze
Od dzisiaj przymusowa lekka laba bo p. Jacek mi rozpisał odpoczynkowe dwa tygodnie i zalecił raczej nie jeździć poza dniami treningowymi. O rety. No nie, ale do pracy to muszę rowerem, przecież w naszej cudnej komunikacji nie da się wytrzymać.
Dzisiaj miałam wracać okrężną drogą do domu ale skoro p. Jacek powiedział, że nie, to nie. Więc dzisiaj mało kilometrów.
Jak wracałam, jakaś głupia baba z papierochem zajechała mi drogę wyjeżdżając autem z podporządkowanej. Na szczęście okno miała otwarte, więc gdy się zatrzymała, nie omieszkałam jej poinformować o jej poziomie inteligencji.
Odprowadziłam potem rower na przeglądzik. Przy okazji pooglądałam bagażniki na sztycę i pomacałam carbonową sztycę... w końcu miesiąc odwykowy właśnie się kończy ;)

zdechlak część 2

Wtorek, 28 czerwca 2011 Kategoria dojazdy, test
Km: 18.26 Km teren: 0.00 Czas: 00:58 km/h: 18.89
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: 147147 ( 81%) HRavg 120( 66%)
Kalorie: kcal Podjazdy: m Sprzęt: Scott Scale 70 Aktywność: Jazda na rowerze
Wczoraj byłam ostro zmęczona po weekendowym ściganiu, ale dzisiaj to już przeszło wszelkie wyobrażenie. No myślałam, że do pracy nie dojadę w tym wmordewindzie. Nawet w miejscu, gdzie zwykle nie ma wiatru nawet gdy jest wiatr, i gdzie zwykle nasuwam trzydziestką bez przekraczania granicy 2 strefy tętna, dzisiaj wlokłam się a tętno niebezpiecznie podskoczyło.
Powrót najkrótszą drogą, na szczęście wiatr nie zmienił się i popychał mnie do domu.
Miałam iść po południu na trening WKK. I tak siedziałam w domu przed wyjściem na trening, jeszcze w ciuchach rowerowych i dumałam - iść, nie iść, iść, nie iść... I w końcu 10 minut przed wyjściem rozmyśliłam się.
Byłam zmęczona, zakatarzona, bolało mnie gardło, bolała mnie głowa i w dodatku mnie dopadło jeszcze... więc chociaż żal mi było tego treningu, stwierdziłam, że chrzanię i nie będę się zarzynać.
Zresztą, dostałam rozpiskę od p. Jacka na najbliższe dwa tygodnie i mam trochę poodpoczywać. No to będę odpoczywać, a co. W końcu kiedyś trzeba...

Strzeliłam tylko sobie testowe pompki w cyklu 100pompek. Zrobiłam ich 20. Ciekawe zjawisko w ogóle, bo fizycznie wiem, że mogłam zrobić ich trochę więcej ale mój mózg przy dwudziestej pompce kategorycznie zabronił ciału robić więcej.

Zdrzemnęłam się po obiedzie. Obudziłam się po 2 godzinach, akurat w dobrym momencie, żeby odebrać telefon od Krzyśka. Właśnie z Olgą wrócili z WKK i siedzą koło nas w pizzerii. Sugestia napicia się piwka zdecydowanie poprawiła moje samopoczucie więc za chwilkę siedzieliśmy z Markiem już wspólnie z nimi w tej pizzerii.
Jak się okazało, dzisiejsze WKK było na Skarpie Ursynowskiej więc dobrze się może nawet stało, że nie poszłam. Po pierwsze to dla mnie bardzo trudne miejsce jest, trochę zbyt trudne nawet. Po drugie, zarżnęłabym się na maksa i nie skorzystała zbyt wiele dzisiaj.

zdechlak

Poniedziałek, 27 czerwca 2011 Kategoria dojazdy
Km: 32.35 Km teren: 0.00 Czas: 01:48 km/h: 17.97
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: 142142 ( 78%) HRavg 113( 62%)
Kalorie: kcal Podjazdy: m Sprzęt: Scott Scale 70 Aktywność: Jazda na rowerze
Po wczorajszych zawodach czuję się, jakby mnie tramwaj przejechał. Kompletny zdechlak, zero siły. Być może do ogólnego zmęczenia dołożyło się to, że po zawodach prowadziłam samochód ze Szczytna, włącznie ze staniem w trzech korkach po drodze, co jest dla mnie straszne męczące. W każdym razie jechałam dzisiaj do pracy ekstremalnie długo. W dodatku był wmordewind. W dodatku... co zauważyłam dopiero po południu, źle założyłam przednie koło po transporcie roweru i ocierał mi hamulec.
Po południu trochę lepiej ale jakaś taka przytępiona jestem przez cały dzień. Pod Laskiem Kabackim napotkałam jakąś fachową bikerkę. Fachowość rozpoznałam po stroju, kadencji i braku jechania zygzakiem i bujania roweru na boki ;) Pomachała mi. Zjawisko to było tak niecodzienne, że się zagapiłam i zdążyłam tylko kiwnąć głową w odpowiedzi na machnięcie.
Powrót z Kabat do domu to masakra bo wmordewind był tak silny a zmęczenie moje tak wielkie, że próba jechania szybciej niż 18 km/h spaliła na panewce.

Mazovia MTB Marathon Szczytno pachnące poziomkami

Niedziela, 26 czerwca 2011 Kategoria >50 km, wyścigi, ze zdjęciami
Km: 56.50 Km teren: 50.00 Czas: 02:39 km/h: 21.32
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: 175175 ( 97%) HRavg 163( 90%)
Kalorie: kcal Podjazdy: m Sprzęt: Scott Scale 70 Aktywność: Jazda na rowerze
Jeden z nowych celów na ten sezon został dzisiaj zrealizowany, a to mianowicie i konkretnie cel trzeci, czyli przywieźć jeszcze jeden pucharek :)

Cel numer trzy spełniony


Hm, tak sobie w myślach wyznaczyłam właśnie jeszcze jeden cel dodatkowy... żeby chociaż raz w tym sezonie przywieźć pucharek za drugie miejsce ;)

Do Szczytna podróż nietypowa bo tym razem bez Marka. Marek musiał, niestety, zostać w domu, warować przy telefonie i kompie :( Ale pożyczył mi auto :)
To skorzystałam z okazji i zawiozłam Tatę na chatę do rodziny. To jest domek letniskowy mojego wujka, tylko 30 km od Szczytna, więc pojechaliśmy tam w sobotę i spędziliśmy kilka miłych chwil. Miałam przy okazji przeprawę bo pierwszy raz prowadziłam sama auto w tak długiej trasie i w dodatku bez Marka. Mój Tata oczywiście też jest kierowcą, ale postanowiłam sprawdzić, czy w razie czego będę mogła całkiem sama pojechać na jakieś zawody, bez szofera.
Być może... to była jedna z przyczyn, dla której maraton jechało mi się słabo, bo jednak dla niewprawnego kierowcy prowadzenie auta jest męczące. Drugą przyczyną być może było to, że kiepsko spałam, bo moja kochana rodzinka postanowiła mnie obudzić, najpierw o 6 a potem o 7 rano. O 4 rano zaś obudziły mnie ptaki, w końcu to las...

Nogi miałam jak z waty, zwłaszcza na początku. Pierwsze 15 km było okropne.

Ale po kolei. Na zawody przyjeżdżamy o mniej więcej standardowej porze, tuż po 10 rano. Znalezienie miejsca parkingowego bez problemu.
Obowiązkowy kibelek ;) W tej miłej okolicy spotykam Krzyśka i Norberta.
Potem zawijam od razu do mojego sektora (piątego), który jest prawie przy wejściu na stadion. Gdy tak sobie stoję, nagle do sektora pakuje się jakiś wielki gość ;) To Damian. Dziwię się, że startuje z piątki, ale wpadł tylko towarzysko do mnie. Wyjątkowo się nie wyzłośliwia, pewnie zachowuje siły na "po". Potem z boku gdzieś wyskakuje do mnie Aretzky, bezczelnie twierdząc, że nienawidzi mnie za koszulkę. Przygaduję mu, że jak się nie chodzi na treningi WKK to się nie ma koszulki.

Krzysiek ustawia się gdzieś z przodu sektora, mnie nie chce się do niego pchać. Zresztą postanowiłam dzisiaj zastosować nową strategię (w zasadzie to w ogóle jakąś strategię) i nie jechać na maksa od samego początku, żeby rozłożyć siły lepiej na cały dystans. Więc na początku Krzysiek mi trochę ucieka.

Wytęż wzrok:


A jeśli mnie nie znaleźliście na tamtej fotce, to na tej nie powinno być problemu


Krzysiek na początku mi trochę odjechał - na tej fotce to widać. Połowa Krzyśka po prawej, połowa mnie po lewej, pośrodku jakiś obcy biker ;)


Jedzie mi się jakoś kiepsko, waciane nogi. Jak napisałam, widzę w zasadzie dwa powody tego stanu. Lekkie niewyspanie i zmęczenie po prowadzeniu poprzedniego dnia auta. Poza tym organizatorzy zafundowali nam dość mocno pofałdowaną trasę i na początek sporo podjazdów. W dodatku od samego początku nasuwa mnie kolano.
Jednak po niedługiej chwili doganiam Krzyśka i wyprzedzam na jakimś podjeździe. Trochę mu uciekam, jednak cały czas siedzi mi na plecach.
Po kilkunastu kilometrach rozkręcam się ale Krzysiek mnie znowu za jakiś czas przegania. Niedobrze, nie mogę tak łatwo oddać pola. Kolejne kilka kilometrów i znów ja jadę pierwsza. Staram się jak mogę, żeby mnie nie dogonił.
Do pierwszego bufetu wypijam prawie całe picie, a tu zonk... na bufecie nie ma picia w butelkach, tylko kubeczki. Oż fak. Trudno, nie zatrzymuję się żeby uzupełnić picie. Łapię tylko batona i lecę dalej, licząc na to, ze ostatni łyk picia mi uratuje życie w potrzebie do kolejnego bufetu. Wciągam batona od razu, picie zostawiam sobie na kryzysowy moment.
Nie ma bata, na kolejne zawody trzeba zainwestować w camelback.

Od jakiegoś czasu Krzyśka już nie widzę za sobą, gdzieś się zgubił.
Rozglądam się też pilnie za moją rywalką, Dorotą. Ona jedzie z siódmego sektora (o ile jedzie) więc niestety, nie mam jej jak kontrolować, ale przynajmniej mogę pilnować pleców czy nie pojawia się gdzieś w okolicy.

Teraz jedzie mi się lepiej, trasa zaczyna mi wreszcie sprawiać przyjemność. Jest naprawdę ślicznie, jak z pocztówki. Kwiaty, łąki, pola, las. I wszechobecny zapach poziomek oraz... w niektórych miejscach swojska woń nawozu ;) Ptaki śpiewają...
Trasa fajna, urozmaicona, dość mocno pofałdowana ale mało techniczna. Chociaż... pewnie dla niektórych szutry, dziury i niewielkie łachy piachu oraz drobne błotko są techczniczne, dla mnie przestały być techniczne jakiś czas temu. Mało asfaltu.

Przyjemny błotno-trawiasty singielek nad jeziorem


Jedno miejsce tylko psuje miły oku i nosu efekt... rozkładające się na trasie zwłoki jakiegoś biednego zwierzaka. Musimy to miejsce minąć dwukrotnie, na początku i pod koniec trasy.

Na drugim bufecie na szczęście są butelki więc łapię Powera i jeszcze banana. Po wciągnięciu banana momentalnie mam przypływ energii. Nie sądziłam, że to tak może działać. Końcówkę trasy jadę już dość mocno zmęczona ale w niezłym tempie. Odpuszczam sobie tylko dwa miejsca, które przechodzę z buta. Kamienisto-stromo-wąski podjazd, który wyglądał świetnie i pewnie bym go z przyjemnością pokonała gdyby był na początku trasy ale już nie miałam na niego siły, oraz dużą błotnistą kałużę pod sam koniec, gdzie postanowiłam, że skoro całą trasę przejechałam w miarę czysta to nie będę się teraz brudzić.

Na metę wpadam tuż przed Rękawkiem ;) I przed Krzyśkiem, który ma do mnie stratę 37 sekund, uf o włos!

Naprawdę próbowałam ich gonić jeszcze nawet na samym końcu


Meta!


Czułam na plecach oddech Krzyśka przez całą trasę


Po wydyszeniu się, gadamy chwilę z Krzyśkiem i Norbertem oraz Olafem, potem jeszcze spotykam Che, która przez pomyłkę pojechała Mega, ale i tak jest trzecia w swojej kategorii. Objechała mnie o około 20 minut jadąc tempem jak na giga. To jest harpagan... Przy okazji mogę sobie podnieść Speca, ale lekuchny jest...

Che wsadziła mi ze 20 minut


Pod podium jeszcze przychodzi Damian, porobić to, co odłożył na później to znaczy powyzłośliwiać się :) Ale nie pozostaję dłużna.

Dystans według orga 61 km, według licznika 56,5 km
Czas 02:38:41
miejsce open 15/25, K3 3/6
w generalce open awans na 8 miejsce

Uf, całe szczęście, że się nie zatrzymałam na tym bufecie bo Kasia Morończyk z Airbika wpadła na metę tylko 27 sekund po mnie! Dorota była aż na 5 miejscu, włożyłam jej 10 minut. Czyżby jakaś awaria?

Wygląda na to, że moja Ciocia mi przynosi szczęście. Jak kibicowała mi w Olsztynie to też byłam na podium ;) Muszę ją częściej brać na zawody.

Rodzinka wypatruje mnie pilnie


kadencja 78/120
KOW: 8 (1272)

praca z akcentem

Piątek, 24 czerwca 2011 Kategoria dojazdy, trening
Km: 40.23 Km teren: 10.00 Czas: 02:05 km/h: 19.31
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: 160160 ( 88%) HRavg 123( 68%)
Kalorie: kcal Podjazdy: m Sprzęt: Scott Scale 70 Aktywność: Jazda na rowerze
Do pracy i nazad starndardowo okrężną trasą. Chociaż w zasadzie to niestandardowo bo dzisiaj jakoś popałętałam się po trochę innych kabacko-powsińskich ścieżkach niż zazwyczaj.
Przy powrocie "akcent" w postaci dwuminutowego zapylania ze średnią ponad 34 km/h a poza tym to dość spokojna jazda :)

kadencja: 80/124
KOW: 3 (375)

pompujemy + inne ćwiczonka

Czwartek, 23 czerwca 2011 Kategoria trening siłowy, trening
Km: 0.00 Km teren: 0.00 Czas: 02:00 km/h: 0.00
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
Kalorie: kcal Podjazdy: m Aktywność: Jazda na rowerze
Najpierw pompeczki
12 + 13 + 10 + 10 + 20

Potem ćwiczenia siłowe, zestaw AB
Obciążenie na gryfie + 2x2,5 kg (na ręce też)

KOW: 5 (600)

interwały w Kabatach

Środa, 22 czerwca 2011 Kategoria dojazdy, trening
Km: 28.43 Km teren: 10.00 Czas: 01:38 km/h: 17.41
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: 153153 ( 85%) HRavg 112( 62%)
Kalorie: kcal Podjazdy: m Sprzęt: Scott Scale 70 Aktywność: Jazda na rowerze
Bardzo spokojny dojazd do Lasku Kabackiego. Tam pokręciłam trochę po głównych ścieżkach a trochę po brzegowym singielku. Oczywiście Lasek Kabacki znów mnie zaskoczył, jak zwykle. Nie wiem ile już razy jadę sobie ścieżką i myślę, że dojadę w jakieś miejsce a okazuje się, że dojeżdżam zupełnie gdzie indziej...

kadencja 81/115
KOW: 5 (440)

praca

Środa, 22 czerwca 2011 Kategoria dojazdy
Km: 9.32 Km teren: 0.00 Czas: 00:27 km/h: 20.71
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: 149149 ( 82%) HRavg 120( 66%)
Kalorie: kcal Podjazdy: m Sprzęt: Scott Scale 70 Aktywność: Jazda na rowerze
O rety, po wczorajszym dniu to wszystko mnie boli. Zakwasy, zawiasy i w ogóle. Ufff... a na dzisiaj trener rozpisał mi "interwały w terenie". Jak ja to kurde przeżyję.

pompujemy + inne ćwiczonka

Wtorek, 21 czerwca 2011 Kategoria trening siłowy, trening
Km: 0.00 Km teren: 0.00 Czas: 02:00 km/h: 0.00
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
Kalorie: kcal Podjazdy: m Aktywność: Jazda na rowerze
Najpierw pompeczki
10 + 12 + 9 + 9 + 20

Mogę się w zasadzie przyznać, bo działa. Działa, działa, działa :)
Wdrażam program 100 pompek.
Oczywiście nie chodzi o to, żebym zrobiła 100 pompek bo to bez sensu. Chodzi o to, żeby zwiększyć ilość robionych pompek w jednej serii. I to naprawdę działa. Do tej pory robiłam 11 pompek, z "oddechem", a nawet dwoma "oddechami" tzn. z chwilami przerwy co ileś pompek w serii. Teraz robię te wszystkie serie pompek bez przerwy, włącznie z tą ostatnią! No i ilość pompek, które jestem w stanie ciurkiem zrobić jest już zwiększona prawie dwukrotnie. Co wy na to :)

Potem ćwiczenia siłowe i stabilizacyjne, zestaw CA czyli:

C
wypad z obciążeniem x5 (ćw. stabilizacyjne)
pseudopompka na piłce rehabilitacyjnej x5 (ćw. stabilizacyjne)
brzuszki ze skrętem 4x40

A (dzisiaj nieco zwiększone obciążenie na gryfie)
przysiad z obciążeniem 4x20 (+2x2,5kg)
step z obciążeniem 4x20 (+2x2,5kg)
wspięcia na palcach 4x18

KOW: 5 (600)

WKK - z Kopą Cwila moje boje ciąg dalszy

Wtorek, 21 czerwca 2011 Kategoria trening
Km: 25.95 Km teren: 15.00 Czas: 01:54 km/h: 13.66
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: 174174 ( 96%) HRavg 133( 73%)
Kalorie: kcal Podjazdy: m Sprzęt: Scott Scale 70 Aktywność: Jazda na rowerze
Nie chciało mi się dzisiaj iść na ten trening. Miałam ciężki dzień w pracy i miałam ochotę pójść spać, a nie - bułować się na jakichś wertepach. Jednak poszłam i dobrze, trochę poprawiło to moje nastawienie do życia ;)
Dzisiaj po dojechaniu na miejsce zbiórki musiałam z Kabat wracać do domu w zasadzie. Bo trening na Kopie Cwila. Więc w tę i nazad. Nazad w całkiem niezłym tempie bo grupka harpagańska popędziła jakby ich wściekłe psy goniły, nie zważając na czerwone światła i takie tam. Ja i jeszcze kilku maruderów jednak odpuściliśmy sobie na czerwonym więc zostaliśmy z tyłu. W każdym razie w pewnym momencie, goniąc ich, na prostej i płaskiej wykręciłam 41 km/h ;)
Błażej wymyślił całkiem pokrętną i dość długą pętlę po Kopie i okolicach. Ogólnie była dość prosta. Drobny problem miałam z moim postrachem czyli trawiastym podjazdem od północnej strony. I tak uważam za swój wielki osobisty sukces, że raz podjechałam. Tak na prosto, "na murzyna". I to nie na 1x1 ;) tylko na 1x2.
Ostatnio próbowałam tam podjechać w marcu w ten sposób ale nie wyszło, skończyło się wówczas na kilku zygzakach w poprzek podjazdu.
Za drugim razem spadł mi łańcuch więc nie podjechałam wcale. Za trzecim razem wjechałam do połowy a potem nie starczyło mi siły. Czwarty raz sobie odpuściłam.
Drugim elementem, który mnie pokonał była "Smródka", a konkretnie jej przebycie na rowerze w jedynym możliwym miejscu. Oczywiście skończyło się na skakaniu z rowerem na ramieniu i mokrych butach :) Zupełnie nie wiem, co mnie tak przeraża w tym przejeździe bo jak sobie go w myśli odtwarzam to wcale nie wygląda tak strasznie.
Pętla była tak długa, że prawie nie spotykało się na niej pozostałych uczestników treningu (!)
Na Kopie Cwila i gdzieśtam w okolicach smródki siedziały grupki podchmielonych nastolatek/nastolatków. Miały z nas chyba całkiem niezłą polewkę, bo komentarze różne leciały za każdym razem jak przejeżdżałam obok. Co za durne pały.

kadencja 75/128
KOW: 5 (1140)

kategorie bloga

Moje rowery

KTM Strada 2000
Giant Rincon (sprzedany)
Scott Scale 80 (skradziony)
Scott Scale 70
b'twin Triban 3 (sprzedany)
Scott Scale 740
Trenażer
rower z Veturilo

szukaj

archiwum