kanteleblog rowerowy

informacje

baton rowerowy bikestats.pl

Znajomi

wszyscy znajomi(19)

wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy kantele.bikestats.pl

linki

Wpisy archiwalne w miesiącu

Lipiec, 2015

Dystans całkowity:790.75 km (w terenie 0.00 km; 0.00%)
Czas w ruchu:40:32
Średnia prędkość:19.51 km/h
Liczba aktywności:29
Średnio na aktywność:27.27 km i 1h 23m
Więcej statystyk

otwarty trening techniki Polskiego Klubu MTB

Czwartek, 30 lipca 2015 Kategoria trening, ze zdjęciami
Km: 16.78 Km teren: 0.00 Czas: 01:46 km/h: 9.50
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
Kalorie: kcal Podjazdy: m Sprzęt: Scott Scale 740 Aktywność: Jazda na rowerze
Ponieważ mój Szanowny Małż ma rozwaloną nogę ale już jest trochę lepiej ;) to zostawiłam go z Zającem i skorzystałam z okazji, że Polski Klub MTB akurat dziś organizuje otwarty trening techniki w Lesie Kabackim.
Trening na znanej rundzie wokół parku linowego w Powsinie ale trenowaliśmy pewien konkretny szczegół - zmianę biegów w odpowiednim momencie.

Jak zwykle, oglądam ten zjazd... ale jak zwykle nie zjechałam ;) Chociaż poczyniłam pewien krok naprzód bo przynajmniej podjęłam próbę. (fot. Krzysztof Lipczyński)


Koniec jazdy po pętli. Tu się rozstaliśmy - chłopaki pojechali na schody przy polance a ja, z buta, z flakiem do metra (fot. Arek Zieliński)


Trener zrobił sobie z nami selfie ;)

Strasznie fajnie mi się dziś jeździło ale musiałam zakończyć imprezę przedwcześnie. Przez większość czasu miałam wrażenie, że schodzi mi powietrze z tyłu no i gdy w końcu zdecydowałam się podpompować to spowodowało to chyba powiększenie się dziury w dętce i powietrze schodziło w minutę. Oczywiście nie miałam ze sobą dętki. Żaden z uczestników nie miał również dętki w rozmiarze 27,5 więc o dalszej jeździe nie było mowy :)
Cztery kapcie w ciągu dwóch tygodni to chyba lekka przesada.

W domu obejrzałam dokładnie oponę i znalazłam o takie:

przez chwilę w domu ;)

Środa, 29 lipca 2015 Kategoria >50 km, trening, ze zdjęciami
Km: 51.64 Km teren: 0.00 Czas: 02:02 km/h: 25.40
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
Kalorie: kcal Podjazdy: m Sprzęt: KTM Strada 2000 Aktywność: Jazda na rowerze
W poniedziałek wróciliśmy z Gór Świętokrzyskich. O rany, ale tu jest płasko... bleeee... ;)
Dziś podrzuciłam Zająca dziadkom i wybrałam się na trening od nich. Na zwyczajową trasę musiałam przejechać mostem Siekierkowskim, za którym wisiała czarna chmura. Mocno zastanawiałam się, czy uda mi się pojeździć na sucho ;)



Po zjechaniu z wału na kawałek szutrówki, złapałam gumę. No... szlag! Dawno żadnej gumy nie złapałam ;)
Na szczęście tym razem miałam i dętkę i pompkę więc po 10 minutach sprawa była załatwiona. Ja, trochę tylko brudniejsza niż przedtem, pojechałam dalej, machać interwały.
A na rozjazd natchnęło mnie na takie coś.

A mówią, że to dzieci się znajduje w kapuście.

S1

Wtorek, 28 lipca 2015 Kategoria trening
Km: 14.53 Km teren: 0.00 Czas: 01:03 km/h: 13.84
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
Kalorie: kcal Podjazdy: m Sprzęt: Scott Scale 740 Aktywność: Jazda na rowerze

Święta Katarzyna - dzień 7

Niedziela, 26 lipca 2015 Kategoria trening, ze zdjęciami, wycieczki i inne spontany
Km: 28.62 Km teren: 0.00 Czas: 01:44 km/h: 16.51
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
Kalorie: kcal Podjazdy: m Sprzęt: Scott Scale 740 Aktywność: Jazda na rowerze
Dziś miałam jakieś straszliwe interwały do zrobienia. Miałam przeczucie, że nic z tego nie będzie ale postanowiłam pojechać na ten podjazd, którym zjeżdżałam wczoraj. Tam tętno powinno samo wpaść do dobrej strefy ;)
Na rozgrzewkę wjechałam w jakieś straszliwe chaszcze, które pokroiły mi kolana na plasterki.



Uciekłam z tamtej scieżki czym prędzej i wróciłam na asfalt.
Oczywiście z interwałów nic nie wyszło, bo nie tylko tętno nie chciało ale nogi za nic nie chciały. Chyba mój mazowiecki organizm nie jest przyzwyczajony do takich dawek podjazdów, jakie sobie zaserwowałam w tym tygodniu ;) 
Po dwóch minutach pierwszego interwału, kiedy to próbowałam swoje serducho zmusić do wejścia do S4 a ono nie tylko do S4 nie chciało ale nawet do S3, poddałam się i postanowiłam po prostu pojechać sobie trasę odwrotną do wczorajszej.
Z tego pomysłu też nic nie wyszło bo skręciłam gdzieś w bok i odkryłam fajny szuter, który po chwili wleciał w las i zamienił się w starą, zarośniętą, asfaltową drogę a potem w zarośnięty bruk.




Niestety, tutaj rzuciły się na mnie takie chmary owadów (chyba nie jadły od miesiąca), że uciekałam stamtąd szybciej, niż się zatrzymałam ;)
Wyjechałam, zupełnie niespodziewanie, w Świętej Katarzynie.


Święta Katarzyna - dzień 6 - Pasmo Klonowskie

Sobota, 25 lipca 2015 Kategoria trening, ze zdjęciami, wycieczki i inne spontany
Km: 37.34 Km teren: 0.00 Czas: 02:01 km/h: 18.52
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
Kalorie: kcal Podjazdy: m Sprzęt: Scott Scale 740 Aktywność: Jazda na rowerze
Dziś miało być długo lekko i przyjemnie. Nie bardzo miałam pomysł na trasę więc googlnęłam sobie i trafiłam tutaj.
Mapkę ściągnęłam na telefon, choć trasa wydawała się prosta.
Ze Świętej Katarzyny ruszyłam w dół do Bodzentyna, gdzie odbiłam w lewo i potem znów w lewo skosem od głównej drogi - na Psary. Odtąd czekała mnie głównie dość długa wspinaczka. Nie ukrywam, że w pewnym momencie miałam tej wspinaczki dość, tym bardziej, że trasa wiodła po odsłoniętym terenie, w niezłym upale. Jednak fajnie mi się tędy jechał. Trochę widoków, bardzo spokojna, nieruchliwa szosa a podjazd co prawda nieustępliwy ale niezbyt stromy ani wymagający.



Trochę lepiej mi się zaczęło jechać, gdy wjechałam między drzewa, na szosę prowadzącą przez Pasmo Klonowskie. Kusiło mnie trochę, żeby nieco zboczyć na chwilę z trasy w lewo i zjechać do Centrum Łączności Satelitarnej (cokolwiek to jest) ale gdy pomyślałam, że będę musiała potem podjechać ten naprawdę bardzo stromy kawałek asfaltu, to odechciało mi się. Po chwili zastanowienia ruszyłam więc dalej. Tu zasadniczo kończył się podjazd. Droga ciągnęła się "granią" Pasma Klonowskiego, czasem w górę, czasem w dół ale nie mogłam nią jechać zbyt długo bo dotarłabym do S7-ki a tego nie chciałam ;)



Zjechałam więc z grani na boczną drogę przez Klonów i tutaj dopiero zaczęły się widoki! W zasadzie co chwilę zatrzymywałam się i patrzyłam, cyknęłam kilka fotek ale wybrałam tylko najlepsze.





Stąd czekał mnie super szybki i dość kręty zjazd do Brzezinek. Jadąc, miałam ochotę robić "WZIUUUUU!" oraz "ŁIIIIIIII!" ;)
Z Brzezinek bocznymi drogami do Ciekot, tam jeszcze pokręciłam się trochę po polu ;) i wróciłam do domu.

Święta Katarzyna - dzień 5 (Łysica)

Piątek, 24 lipca 2015 Kategoria trening, ze zdjęciami, wycieczki i inne spontany
Km: 13.94 Km teren: 0.00 Czas: 01:30 km/h: 9.29
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
Kalorie: kcal Podjazdy: m Sprzęt: Scott Scale 740 Aktywność: Jazda na rowerze
Nie wiem czemu pomyślałam sobie, że wjazd na Łysicę to świetna trasa na dzisiejszy tlenowy trening ;) Nie mogłam być bardziej w błędzie. 
Z Internetów wyczytałam, że rowerem nie wolno więc skorzystałam z podpowiedzi na forum MTB Cross Maraton, gdzie ktoś opisywał boczny, stary szlak na Łysicę, omijający bramę do ŚPN i punkt pobierania myta ;) Obrałam zatem ten kierunek. Tuż po wyjechaniu ze Świętej Katarzyny w stronę Krajna, zauważyłam małą ścieżkę w las w lewo. Skręciłam tam i chyba to było właśnie to miejsce, gdzie powinnam była jechać szlakiem w górę.



Wyglądało to jednak na zbyt uczęszczaną ścieżkę. Obawiając się, że jadąc tędy trafię na główny szlak na Łysicę, skręciłam w prawo. Ścieżka zdecydowanie mniej widoczna ale jednak ścieżka. Przez jakiś czas rozkoszowałam się nią, jednak gdy odbiła w górę stoku, zaczęła powoli zanikać, aż wreszcie znikła całkowicie. Nie chcąc przedzierać się po chaszczach, wróciłam, jak niepyszna, w dół, ale postanowiłam poszukać alternatywy i niedługo trafiłam na ścieżkę jadącą wzdłuż granicy lasu. Oczywiście kończyła się na polu. Zwykle takie ścieżki nie mają dalszego ciągu, jednak zauważyłam w górnej części pola "wyrwę" w lesie i postanowiłam, przed ostatecznym wycofaniem się, sprawdzić czy tam jest droga. Szczęśliwie - była.

Ostatni widok przed wjechaniem w gąszcz.


Na początek ta droga zafundowała mi podejście prawie pionowej ścianki ale dalej dało się jechać. Nawet gdzieniegdzie widać było na drzewach oznaczenia niebieskiego szlaku od Kakonina więc cieszyłam się, że dobrze jadę i parłam w górę.
Niestety, im wyżej, mało używana ścieżka stawała się coraz mniej przejezdna. Blokowały ją zwalone drzewa, suche gałęzie i wybujałe gęste krzaki. Sporą część trasy cięłam z buta. Oznaczenia szlaku gdzieś wyparowały i zaczęłam mieć wątpliwości czy aby na pewno to dobry kierunek. Na domiar złego GPS w telefonie nie chciał złapać a muchy nie chciały się odczepić. Ponieważ jednak pasmo Łysogór jest dość krótkie a między szczytami biegnie szlak turystyczny, doszłam do wniosku, że idąc w górę - muszę prędzej czy później dotrzeć do tego szlaku.
Moje myślenie okazało się być prawidłowe ;) Doszłam do głównego szlaku turystycznego w zasadzie tuż koło Łysicy (nieco na wschód od szczytu) i ostatni kawałek przejechałam. Droga od miejsca, gdzie "stacjonuję" zajęła mi około 33 minut.




Victory! ;)


Niestety, droga w dół również okazała się dla mnie w sporej części nieprzejezdna. W pobliżu szczytu prowadziła gołoborzem z głazami o średnicy prawie kół mojego roweru ;)



Dopiero po przejściu sporego kawałka dało się fragmentami jechać, bo głazy były trochę mniejsze ;)

Po przejechaniu tego odcinka ręce mi się tak trzęsły, że nie byłam w stanie zrobić ostrego zdjęcia. Zdjęcie nie oddaje trudności tego zjazdu. Kamulce były duże i wystające a od czasu do czasu dość wysokie progi drewniane, z których bałam się zjechać (dawało się je objechać bokiem, też po kamulach).


Po drodze do zejścia były jeszcze również usiane głazami schody. Tam niosłam rower na ramieniu i zatrzymała mnie jakaś pani, z którą chwilę pogawędziłam. Pytała mnie, czy zjechałam na rowerze więc odpowiedziałam, zgodnie z prawdą, że fragmentami. Pani pogratulowała mi odwagi ;)

Chociaż nie dałam rady zjechać całości to i tak byłam zadowolona, że udało mi się zjechać choć częściowo. Zjazd w dół zajął mi jakieś 27 minut czyli w sumie całość godzinę. 
Ponieważ miałam dziś jeździć 1,5h to skoczyłam sobie jeszcze nad zalew w Wilkowie.

Tam byłam jakieś 40 minut temu

Święta Katarzyna - dzień 4

Czwartek, 23 lipca 2015 Kategoria >50 km, trening, ze zdjęciami
Km: 52.28 Km teren: 0.00 Czas: 02:15 km/h: 23.24
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
Kalorie: kcal Podjazdy: m Sprzęt: Scott Scale 740 Aktywność: Jazda na rowerze
Dziś trening na 2.5h więc spróbowałam sobie opracować jakąś trasę i się jej trzymać. Wymyśliłam, że pojadę do Nowej Słupi przez Krajno i wrócę przez Bodzentyn.
Trafiłam dość dobrze z rozplanowaniem trasy. Trasa przefajna i polecam ją również szosowcom.
Najpierw całkiem spory podjazd do Krajna.  Około 100m na około 3km. Stąd za to fantastyczne widoki!



Dalej zjazd do Górna. Cały czas prawie towarzyszy nam wydzielony pas rowerowy (!) i bardzo dobry asfalt. Z kolei po zakręcie w Górnie w stronę Woli Jachowej mamy co prawda ruchliwą drogę krajową ale na niej znów szerokie i ładne pobocze.Stąd odbijamy niedługo na Bieliny Kapitulne i znowu pojawia się pas rowerowy, który mamy aż do Nowej Słupi. Na tym odcinku nie brakuje znowu widoczków, droga wznosi się lekko w górę a gdzieś od Bielin prawie do Wólki Milanowskiej mamy kolejny podjazd o podobnej charakterystyce, co ten pierwszy (około 100m w górę na 3km). Po szybkiej wcześniejszej jeździe ten podjazd jest już dość męczący.




Trochę jednak zaczęłam się martwić tą chmurą na horyzoncie.


W Nowej Słupi odbijamy na Jeziorka/Bodzentyn i prawie do Bodzentyna jedziemy w dół (w moim przypadku nie było to odczuwalne bo był bardzo silny wmordewind). Tu, niestety, kończy się pas rowerowy a pobocza też brak. Widoki za to są nadal, choćby na klasztor Św. Krzyż. Niestety, pod słońce zdjęcia z telefonu nie wyszły za dobre.





Jeszcze przed Bodzentynem zaczyna się dość kiepski odcinek asfaltu ale kolarka również sobie z nim poradzi, może co najwyżej lekko trząść ;) Za Bodzentynem znów jedziemy generalnie w górę i tak aż do Świętej Katarzyny :)

Święta Katarzyna - dzień 3

Środa, 22 lipca 2015 Kategoria trening
Km: 39.12 Km teren: 0.00 Czas: 01:31 km/h: 25.79
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
Kalorie: kcal Podjazdy: m Sprzęt: Scott Scale 740 Aktywność: Jazda na rowerze
Wczoraj mój szanowny Małż uszkodził sobie nogę. Ponieważ nie mógł chodzić to nie mogłam go zostawić samego z Zającem. Dziś w zasadzie też nie, ale Zając poszedł bardzo wcześnie spać więc poszłam wieczorem pokręcić. 
Nic ciekawego, interwały na szosie pomiędzy Świętą Katarzyną a Cedzyną... w tę i nazad. Nuda.

Święta Katarzyna - dzień 1

Poniedziałek, 20 lipca 2015 Kategoria trening, ze zdjęciami, wycieczki i inne spontany
Km: 20.29 Km teren: 0.00 Czas: 01:13 km/h: 16.68
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
Kalorie: kcal Podjazdy: m Sprzęt: Scott Scale 740 Aktywność: Jazda na rowerze
Liczę to jako dzień 1 chociaż jesteśmy na miejscu od soboty. W sobotę jeździłam jeszcze w Warszawie, rano. Po przyjechaniu - wiadomo -  dzień z lekka rozwalony, rozkompresowywanie bagaży, oglądanie okolicy itp. W niedzielę z kolei pojechałam do Pińczowa na zawody. Dlatego dzisiaj jest tak naprawdę pierwszy dzień pobytu tutaj dla mnie.
Po wczorajszych zawodach dziś tylko lekkie rozkręcenie nogi - postanowiłam trochę pokręcić się po okolicy i zobaczyć co i jak.
Najpierw zjechałam w dół w stronę Bodzentyna i odbiłam w lewo na obiecująco wyglądającą asfaltową małą drogę. Niestety, skończyła się w polu ;) Zawróciłam więc i pojechałam w przeciwnym kierunku, w stronę Krajna. Po drodze znów odbiłam w ciekawą ścieżkę w las ale okazało się, że jest to tylko skrót do Krajna i znów wyjechałam na szosę. No to pojechałam nią dalej.
Po drodze, nieco zawiany lokales próbował mi wyperswadować dalszą jazdę w tym kierunku argumentując, że "tam dalej to się wieś kończy". Na moje pytanie, czy nie ma dalej żadnej drogi powiedział, że jest, tylko polna ale że dalej się nie da ;) Dopiero jak mu powiedziałam, gdzie chcę jechać to podrapał się w głowę i stwierdził "a... no, rowerem, to się da może".
No to pojechałam dalej. Faktycznie, za chwilę wieś się skończyła i wjechałam w malowniczą polną drogę. 



Na rozstaju skręciłam w stronę Wilkowa i dalej było już tylko fantastycznie w dół.





Spokojnie zjechałam do Wilkowa i szosą wróciłam do Świętej Katarzyny.

MTB Cross Maraton Pińczów XC

Niedziela, 19 lipca 2015 Kategoria wyścigi, ze zdjęciami
Km: 16.32 Km teren: 0.00 Czas: 01:19 km/h: 12.39
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
Kalorie: kcal Podjazdy: m Sprzęt: Scott Scale 740 Aktywność: Jazda na rowerze
Jadę do Pińczowa z niedaleka, bo akurat w tym terminie zaplanowany miałam urlop więc od wczoraj zalogowana jestem w Świętej Katarzynie, koło Bodzentyna. Stąd tylko godzinka jazdy do Pińczowa.
Jadę totalnie wyluzowana, bo z moich dotychczasowych doświadczeń z XC wynika, że dojadę na metę ostatnia. Jeszcze w piątek dodałabym "... i będę szczęśliwa, jeśli mnie nie zdublują" ale teraz już nie dodam bo w piątek organizator ogłosił, że zmniejsza liczbę okrążeń dla mojej kategorii z trzech (23km) do dwóch (16,5km). Nie wierzę, że na takim dystansie ktoś mógłby mnie zdublować (no, może Ula Luboińska...). Z jednej strony jestem nieco zawiedziona - co, tak krótko, nawet się rozgrzać nie zdążę ;) Z drugiej strony jednak na forum MTB Cross Maraton ktoś napisał, że pętla jest nieco hardkorowa i że się bardzo cieszy, że jedzie tylko dwa kółka (i to mężczyzna napisał!). Więc takie trochę mam mieszane uczucia. Niemniej jednak i tak jestem nastawiona na bycie ostatnią i planuję to potraktować jak mocny, dobry, trening.

Na miejsce startu dojeżdżam grubo przed czasem. Ludzi niewiele, co nie dziwi - bo męskie kategorie startują dopiero o 13:00 a dziecięce i kobiece dwie-trzy godziny wcześniej. Niedaleko mnie parkuję Crazy-van, którzy przywiózł Asię i Darka z Crazy Racing Team. Gawędzimy chwilę, potem ja idę odebrać pasek na numer startowy (oznaczenie kategorii)

Kobiet, jak to zwykle w XC bywa, niewiele. Całe 13 sztuk. K2 (6 pań) jedzie trzy okrążenia i startuje 5 minut przed naszą siódemką (która obejmuje wszystkie pozostałe kategorie kobiece, dwa kółka). Atmosfera przed startem wesoła a każda uważa, że dojedzie na końcu ;) Zdaje się, że na ten wyścig nie przyjechała żadna specjalistka od XC ;)

(fot. Michał Senderowski)


Początek po starcie niezbyt szybki, chyba każda "cyka się" wyjść na prowadzenie już na początku. Ja ruszam dość leniwie ale już po chwili jadę na przedzie z jeszcze dwoma dziewczynami. Po pierwszych dwóch zakrętach zostaję sama na przodzie a tamte jakoś się ociągają. Dochodzę do wniosku, że skoro już tak wyszło, to niech tak zostanie - będę miała lepszą pozycję na pierwszym podjeździe. 

(fot. Michał Senderowski)

Przyspieszam trochę i zostawiam dziewczyny na lekkim asfaltowym podjeździe. Gdy wreszcie dojazdówka do pętli zamienia się w teren i jest pierwszy mocniejszy podjazd, oglądam się - kolejna za mną zawodniczka jest dobrych kilkadziesiąt metrów za mną. To mi daje trochę kopa i mocno wspinam się na tę pierwszą górkę. Jest dość długa i stroma, końcówki nie udaje mi się zdobyć na rowerze ale dobiegam do końca, wsiadam znów na rower i lecę dalej.
Zjazd, podjazd, zjazd, podjazd, trasa obliczona chyba na wywołanie zawału serca. Do tego strome techniczne zjazdy. Po jakichś dwudziestu minutach dochodzę do poziomu tętna, które dotychczas uważałam za swoje TMax i od tej pory tętno nie spada mi zanadto. Pierwszy stromy zjazd i trochę się cykam, wolę jednak zsunąć się tu na butach. Okazuje się on jednak prostszy od kolejnego - długiego, krętego, wąskiego singla między drzewami, z luźną, lekko mokrą po burzy glebą. Ten drugi zjeżdżam, na hamulcu i bez sterowności, ale i tak jest szybciej niż gdybym złaziła go na piechotę. Na pętli jest trochę muld wytrącających z rytmu, trochę sekcji zjazd/podjazd, które powodują, że nie ma gdzie odpocząć.

(fot. Michał Senderowski)


Większość trasy przebiega na odsłoniętym terenie a upał daje się we znaki już od pierwszych minut wyścigu, Jest jeden fajny przelot w kształcie "U" - szeroki, szutrowy, bardzo stromy zjazd a zaraz po nim podjazd o podobnej stromiźnie. Jedyną możliwością, aby to podjechać jest zjechanie bez użycia hamulców - tak też robię, co wywołuje gorący doping sędziów (bo zaraz za "U" jest punkt kontrolny). 
Pierwszą pętlę w całości przejeżdżam na pierwszej pozycji, pod koniec dubluję nawet ostatnią zawodniczkę z K2, ale moja rywalka powoli zbliża się do mnie. Moje tętno zaczyna wychodzić poza skalę, moje zmęczenie również. W dwóch miejscach nie daję rady, muszę się na kilka sekund po prostu zatrzymać i "wyzipać".

(fot. Paweł Kowalik)


W drugim takim miejscu dopędza mnie i przegania kobietka, która jechała za mną. Doganiam ją na tym stromym zjeździe, który poprzednim razem zeszłam ale zaraz mi ucieka. Potem doganiam ją na tym drugim trudnym zjeździe, tutaj dubluję przy okazji kolejną zawodniczkę z K2... wyraźnie na zjazdach jestem lepsza od mojej rywalki ale po tym zjeździe ona znowu mi ucieka. Nie starcza mi siły żeby za nią gonić. Gdy dojeżdżam i przelatuję przez "U" w podobnym stylu co na pierwszej pętli, sędziowie już kierują mnie w lewo (tj. do mety). Tu czekają mnie już tylko zjazdy, choć też nie należą do najłatwiejszych. W jednym miejscu nawet wylatuję z trasy. Na prostych dopedałowuję ile mogę. I znów doganiam tamtą kobietkę. Dopadam ją na końcówce. Niepotrzebnie wrzeszczę do niej "dawaj, dawajj!". Być może gdybym nie wrzasnęła to by się później zorientowała ;)
Obie wycinamy sprint na maksa, ale ona jest w nieco lepszej pozycji - przed prostą do mety jest jeszcze zakręt w lewo i ona jest po wewnętrznej tego zakrętu. Muszę przejechać zakręt szerszym łukiem i odpadam kilka metrów. Nie mam siły już na nowo się rozpędzać. Patrycja wygrywa ze mną o 4 sekundy. 
Wjeżdżam na metę z bananem na twarzy, ale jestem tak zmasakrowana, że prawie spadam z roweru. Tuż za metą zwalam się na chodnik przy scenie i tylko trzymam rower, żeby się na mnie nie przewrócił.
Mirra widzi mnie ze sceny i woła pomoc medyczną, która zaraz się zjawia ale powoli już dochodzę do siebie. Hiperwentylacja, zdarza mi się czasem ;)
Tym razem wyniki są od razu - sms, że jestem druga w zasadzie nie potrzebny bo rywalizacja była tutaj jak na talerzu. Jakoś tylko nie dociera do mnie jeszcze, że jestem również druga w open (w mojej grupie) ;) Zresztą przez najbliższe pół godziny w ogóle mało co do mnie dociera, mój mózg najwyraźniej się wyłączył. Dopiero, gdy mój organizm zaczyna funkcjonować normalnie, po polaniu się wodą i wypiciu hektolitrów izotonika z bufetu, zaczynam się cieszyć. No bo jak tu się nie cieszyć, skoro się zakładało bycie ostatnią :)

Odczucia są cudowne. I chyba zintensyfikowane walką na ostatnich metrach. Taka bezpośrednia rywalizacja "kiera w kierę" nie zdarza się na maratonach - tam każdy w zasadzie jedzie sam, poza ścisłą czołówką panów. To fantastyczne uczucie, chcę jeszcze raz :)

Kat: 2/3, Open: 2/7

kategorie bloga

Moje rowery

KTM Strada 2000
Giant Rincon (sprzedany)
Scott Scale 80 (skradziony)
Scott Scale 70
b'twin Triban 3 (sprzedany)
Scott Scale 740
Trenażer
rower z Veturilo

szukaj

archiwum