pompujemy
Poniedziałek, 13 czerwca 2011 Kategoria trening siłowy, trening
| Km: | 0.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 00:10 | km/h: | 0.00 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| Kalorie: | kcal | Podjazdy: | m | Aktywność: Jazda na rowerze | |||
6 + 7 + 6 + 6 + 15
regeneracja - poszukiwanie znajomych
Poniedziałek, 13 czerwca 2011 Kategoria dojazdy
| Km: | 32.30 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 01:46 | km/h: | 18.28 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | 151151 ( 83%) | HRavg | 127( 70%) |
| Kalorie: | kcal | Podjazdy: | m | Sprzęt: Scott Scale 70 | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Jakoś ostatnio mi się bardzo wielu rowerowych znajomych zrobiło. Zaczynam często spotykać różnych znajomych na trasie. Dzisiaj, już jakby z odruchu rozglądałam się, jadąc przez Wilanów do domu, bo prawdopodobieństwo spotkania kogoś rośnie z dnia na dzień. Jednak akurat dzisiaj nikogo znajomego nie widziałam po drodze.
Jazda totalnie lajtowa. Jeszcze w drodze powrotnej pchał mnie wiaterek więc całkiem spokojnie, z tętnem poniżej 2 strefy jechałam prawie 30 km/h. To lubię ;) Zajrzałam wracając do Airbike'a, bo chciałam zdać Wojtkowi relację, jak się jeździ ze skróconą kierą, ale go nie było. Powstrzymałam się zatem przed kupieniem sobie czegoś do roweru (bo ostatnio wydałam tyle kasy na rower, że obiecałam sobie że w tym miesiącu NIC nie kupuję do roweru) i pojechałam do domu, zahaczając o myjnię bo rower po wczorajszym maratonie skrzypiał niemiłosiernie.
Jazda totalnie lajtowa. Jeszcze w drodze powrotnej pchał mnie wiaterek więc całkiem spokojnie, z tętnem poniżej 2 strefy jechałam prawie 30 km/h. To lubię ;) Zajrzałam wracając do Airbike'a, bo chciałam zdać Wojtkowi relację, jak się jeździ ze skróconą kierą, ale go nie było. Powstrzymałam się zatem przed kupieniem sobie czegoś do roweru (bo ostatnio wydałam tyle kasy na rower, że obiecałam sobie że w tym miesiącu NIC nie kupuję do roweru) i pojechałam do domu, zahaczając o myjnię bo rower po wczorajszym maratonie skrzypiał niemiłosiernie.
Mazovia MTB Rawa-SPA
Niedziela, 12 czerwca 2011 Kategoria wyścigi, ze zdjęciami
| Km: | 48.00 | Km teren: | 42.00 | Czas: | 02:14 | km/h: | 21.49 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | 174174 ( 96%) | HRavg | 161( 89%) |
| Kalorie: | kcal | Podjazdy: | m | Sprzęt: Scott Scale 70 | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Jakoś szybko nam się dojechało do Rawy. Prosta, fajna droga, bez utrudnień. Znalezienie miasteczka maratonowego i zaparkowanie też bez problemu. Dlatego jesteśmy wyszykowani godzinę przed startem. Objadam Krzyśka z banana a w ramach bonusa dostaję od niego jakiś żel Nutrenda na trasę.
Przez mikrofon zapowiadają, że dzisiaj gościem na Mazovii będzie Paula Gorycka. Mam nadzieję, że pojedzie Giga bo inaczej będę miała nędzny rating w open ;)
Idąc do sektorów spotykamy Krzycha, który wreszcie raczył zejść na niziny i odwiedzić Mazovię (tylko Golonka i Golonka... a schabowy gdzie?). Dobrze, jest nas z teamu co najmniej trójka dzisiaj, wpadnie trochę punktów drużynowych.
W moim sektorze (6) dzisiaj dość luźno, ale przerażenie ogarnia, jak się patrzy na piątkę. Dzikie tłumy, do tego stopnia, że ludzie nie mieszczą się w sektorze i część stoi poza barierką. Rozmawiam z jakimś gościem, bo zainteresowały mnie jego pancerzyki (ciekawe takie, kolorowe, koraliki, ładny bajer). Z kolei on wypytuje o Garmina. Gawędzimy chwilkę. W międzyczasie macha mi Tomek idąc do swojego sektora. Marek cyka nam kilka fotek i ucieka szukać Krzycha. Nie widzę go już potem, dopiero po maratonie. Jeszcze pozdrawia mnie gdzieś z boku Ela, która startuje z mojego sektora.
Nie lubię czekać na start. Tętno mi zawsze przed startem skacze do poziomu wyższego niż na wczorajszej wycieczce rowerowej :) Stoję w miarę z przodu, bo chcę dogonić dzisiaj piąty sektor. Zależy mi na dogonieniu Krzyśka i mojej bezpośredniej rywalki Doroty.
Może by tak jeszcze coś wszamać przed startem?

E... lepiej nie, bo to śmierdzi

Chwila skupienia

To nie mój kucyk, przysięgam!

Gdy jest ogłoszony start i przychodzi pora na sektor piąty, nasz sektor próbuje się przesunąć tradycyjnie do przodu, ale się musi powstrzymać bo piąty sektor jeszcze wchodzi z boku między barierki.
Wreszcie start. Na początku kawałek asfaltu, wyprzedzam prawie wszystkich z mojego sektora, którzy byli przede mną.
Idzie... idzie...!

I... poszła!

Zostaje tylko z przodu silna grupka 5 chłopaków, którym staram się trzymać na kole. Jednak chyba przesadziłam ze startem bo po chwili odpadam i kawałek mojego sektora mnie dogania.
Dzisiaj jakoś po drodze nie widzę znajomych koszulek. Hm. Pozmieniali sektory, czy co? Jest to całkiem prawdopodobne. Ja w każdym razie muszę sporo punktów sektorowych dzisiaj nazbierać, żeby móc startować na kolejnym maratonie z piątki. Kto by pomyślał, że będę kiedykolwiek o to zabiegać.
Odpoczywam trochę po postartowym sprincie i zaczynam odrabiać stratę, wyprzedzam sporo osób. Przez jakiś czas mam nadzieję, że jednak dogonię piąty sektor. Nawet przez chwilę wydaje mi się, że widzę z przodu Krzyśka. Doganiam go, ale to nie Krzysiek.
Trasa, dobrze określona przez kogoś z forum Mazovii. Podjazdy płasko-długie. Trasa płaska, mało techniczna. W sumie dość nieurozmaicona. Piachy, szutry, łąki. Najbardziej nie lubię tych łąk. Zaschnięte błotne muldy i potworna trzęsiawka. Nie umiem po czymś takim szybko jechać :(
Na pierwszym bufecie korzystam, że nie ma tłoku i łapię butelkę wody, wychłeptuję ją od razu.
Pić!

Gdzieś na trasie postanawiam sobie urozmaicić wyścig zaliczając kąpiel błotną. Próbuję ominąć niedużą błotnistą kałużę, ale koło osuwa się na mokrej trawie w koleinie obok. Ryms, całym impetem centralnie w błoto. Cały prawy bok usyfiony. Ramię, dłoń, biodro, cała noga. Mijający mnie bikerzy pytają, czy wszystko OK. Chwila kontroli, nie, nic się poważnego nie stało, ale niewygodnie jest jechać z chrupiącymi grudkami błota pomiędzy rękawiczką i palcami a chwytem kierownicy. Nie ma jak tego wytrzepać bo wilgotne błoto się tak łatwo nie wytrzepuje. Trzeba będzie poczekać aż wyschnie. Po jakimś czasie się orientuję, że mam obdrapany łokieć, ale to nic. Gorzej, że pewnie co najmniej minuta w plecy.
Po tej wywrotce, znowu dostaję kopa i w szale adrenaliny wyprzedzam.
Do pewnego momentu sądzę, że zaliczyłam największą kałużę na trasie, ale okazuje się, że jednak nie. Po drodze jest jedno większe błotko na całą szerokość trasy. Można by je przejechać, ale większość bikerów przede mną już złazi z rowerów, więc ja też jestem zmuszona przeprowadzić.
Niestety, nie na długo mi adrenaliny poglebowej. Gdzieś po 35 kilometrze odcina mi prąd. W dodatku w jednym miejscu, gdzie oznaczenie leżało na ziemi (być może ktoś je zerwał, być może wiatr), nie zauważam go i zamiast pojechać na rozstaju w lewo pod górkę, jadę prosto. Orientuje się szybko, że źle pojechałam, ale kolejne cenne chwile stracone.
Jedna ścieżka zarośnięta mocno po obu stronach młodymi brzózkami. W ramach pakietu Rawa-SPA, oprócz kąpieli błotnej organizator dostarczył również masaż witkami brzozowymi. :) Tylko sauny nie ma.
Dalej trochę się wlokę przez jakiś czas, ale w końcu przypominam sobie, że mam żel od Krzyśka. Wsysam go i po kilku kolejnych kilometrach zaczyna mi się lepiej jechać. Pod koniec trasy jeszcze zaliczamy fajny, nawet dość długi singielek, wyraźnie przygotowany przez chłopców downhillowców, bo są rampy, hopki i takie tam. Niestety, nie daje się go płynnie przebyć bo przede mną rowerzyści trochę marudzą :(
Okazuje się jednak, że trochę chyba za późno ten żel bo trasa nagle wraca w miejsce, gdzie odbiliśmy w miasteczka w las. Znaczy się do mety już niedaleko. Ostatnie kilometry jadę na maksa. Tu juz jest mało terenu a więcej szutrów, asfaltu i... ścieżka rowerowa.
W końcu wjeżdżam na metę, gdzie dopinguje mnie już Krzysiek, który przyjechał chwile przede mną. Sektory dzisiaj miały małe odległości pomiędzy startami więc tracę nadzieję, że go objechałam.
Niezawodolona

Spotykamy Marka, chwilę guzdramy się przy aucie.
W którymś momencie, ale już nie wiem dokładnie w którym, widzę wjeżdżającą na metę Che. Podczas finiszu wymienia się uprzejmościami z towarzyszącym jej bikerem ;)
Potem idziemy do biura zawodów. Niestety, coś nie bangla z wynikami. Nie ma części wyników, między innymi moich i Krzyśka. Pani z biura informuje, że część zawodników nie przejechała prawidłowo trasy, ale trwa wyjaśnianie.
Przy biurze zawodów poznaję Bikergonię, ale nie bardzo jestem komunikatywna bo trochę mnie niepokoi kwestia braku wyników.
No to nic, czekamy. Marek z Krzyśkiem idą umyć rowery. Ja idę pod prysznic bo jestem cała w błocie. Po drodze spotykam jakiegoś łysego typa ;) który pyta się jak poszło. Okazuje się, że to Arek. Nie poznałam go, bo zawsze coś ma na głowie a tym razem nic ;)
Prysznic jest ekstraeksluzywnym dalszym ciągiem Rawa-SPA. Jest koedukacyjny. Brak ciepłej wody a zimna woda jest tak zimna, że aż trzaska szkliwo na zębach. Ja jednak muszę się umyć bo Marek mnie będzie wlókł do domu za samochodem ;) Sauna, co ciekawe, też jest, niestety – zamknięta.
Po zniesieniu tortur w postaci lodowatych biczy wodnych, rozmawiam w szatni z dwoma dziewczynami. Pytam się o wyniki. Jedna, młoda, drobna laska mówi, że wygrała Mega z czasem 1:47 cośtam. No... nie powiem, ładny wynik.
Potem idę jeszcze raz do biura zawodów. Krzyśka wynik już jest, dojechał w 02:11:09. Mnie nadal nie ma, ale trwa sprawdzanie. Kilka minut czekania i dowiaduję się, że mam 02:13:46.
Jeszcze gdzieś w międzyczasie natrafiamy na Krzycha. On przyjechał sporo po nas, co mnie nieco dziwi. Dostaję poza tym esa z gratulacjami za czas od Tomka, którego też jakimś cudem objechałam. Ja rozumiem, poprzednio miał awarię, ale wymiana esemesów wyjaśnia, że nie miał żadnej awarii tym razem. Aż mi dziwnie, bo on z naszej całej „najstarszej” ekipy jest najlepszy. Musi mieć po prostu słabszy dzień.
Po sprawdzeniu wyników dobijamy się do bufetu. Ciasto się skończyło a izotonik jest ... wodą która leżała koło izotonika. Na szczęście ciasta po chwili jeszcze miła pani dokraja. Obżeramy się ciastem i otwieramy piwko, które przetrwało trudy podróży i kilka godzin leżenia w aucie na słońcu. Było w torbie termicznej, dobrze pozawijane w różne rzeczy i jest przyjemnie chłodne.
Po chwili dołącza do nas Arek i Che oraz Cons. Chwilkę sobie siedzimy, Che narzeka na ciepłe piwo Mazoviowe więc dostaje od nas chłodnego Żubra. Po czym oddala się na dekorację bo znowu zaliczyła podium.
W sumie to jestem niezadowolona. Krzysiek już za pierwszym podejściem zniweczył jeden z moich celów na sezon. Ale trudno, będę się starała go objechać w kolejnych zawodach. W końcu chodzi o to żeby gonić króliczka ;) Z pozycji w kategorii też jestem niezadowolona (6).
Po zawodach dowiaduję się, że Olaf też startował, ale się nie widzieliśmy. Fajnie, będzie dużo punktów dla teamu tym razem :)
W domu, kolejnego dnia, sprawdzam wyniki. Przy okazji okazuje się, jaki ze mnie matoł. Ta laska, z którą rozmawiałam w szatni po maratonie to była Paula Gorycka. Ale cóż w sumie to nie znam jej twarzy więc nie mogę do siebie mieć pretensji, że jej nie rozpoznałam.
Moja bezpośrednia rywalka do 3 miejsca nie jechała tego maratonu. Ma napisane „wycof.” A poza tym ma z niewiadomego powodu wpisany 7 sektor (?).
48 km (według organizatora 52 km), 02:13:46
Open: 19/38, rating dość niski – z powodów oczywistych
K3: 6/10, rating najwyższy z dotychczasowych
Awans do piątego sektora, uf.
Jako team awansowaliśmy na 69 miejsce :)
Po ochłonięciu dochodzę do wniosku, że jednak jestem zadowolona. Najlepsza moja średnia prędkość jak dotąd. Poza tym awans do piątki.
kadencja 81/124
KOW: 8 (1072)
Edit 14.06.2011
Piszą na forum Mazovii, że sporo osób wczoraj skróciło (nieświadomie) dystans. Było źle oznakowane w jakimśtam miejscu. Najpierw powinien być odjazd w prawo i ominięcie jakiejśtam ściezki łukiem a potem powrót na tę ścieżkę. Jeśli ktoś przegapił oznaczenie w prawo to mógł pojechać tą ścieżką po czym trafić na kolejne oznaczenia już po tym ominięciu. To ominięcie ponoć prowadziło downhillowym singletrackiem, którym jechałam więc wygląda na to, że nic nie ścięłam na trasie. Zresztą z porównania tracka z forum, który ponoć jest z prawidłowej trasy z moim też wynika, że pojechałam dobrze.
Przez mikrofon zapowiadają, że dzisiaj gościem na Mazovii będzie Paula Gorycka. Mam nadzieję, że pojedzie Giga bo inaczej będę miała nędzny rating w open ;)
Idąc do sektorów spotykamy Krzycha, który wreszcie raczył zejść na niziny i odwiedzić Mazovię (tylko Golonka i Golonka... a schabowy gdzie?). Dobrze, jest nas z teamu co najmniej trójka dzisiaj, wpadnie trochę punktów drużynowych.
W moim sektorze (6) dzisiaj dość luźno, ale przerażenie ogarnia, jak się patrzy na piątkę. Dzikie tłumy, do tego stopnia, że ludzie nie mieszczą się w sektorze i część stoi poza barierką. Rozmawiam z jakimś gościem, bo zainteresowały mnie jego pancerzyki (ciekawe takie, kolorowe, koraliki, ładny bajer). Z kolei on wypytuje o Garmina. Gawędzimy chwilkę. W międzyczasie macha mi Tomek idąc do swojego sektora. Marek cyka nam kilka fotek i ucieka szukać Krzycha. Nie widzę go już potem, dopiero po maratonie. Jeszcze pozdrawia mnie gdzieś z boku Ela, która startuje z mojego sektora.
Nie lubię czekać na start. Tętno mi zawsze przed startem skacze do poziomu wyższego niż na wczorajszej wycieczce rowerowej :) Stoję w miarę z przodu, bo chcę dogonić dzisiaj piąty sektor. Zależy mi na dogonieniu Krzyśka i mojej bezpośredniej rywalki Doroty.
Może by tak jeszcze coś wszamać przed startem?

E... lepiej nie, bo to śmierdzi

Chwila skupienia

To nie mój kucyk, przysięgam!

Gdy jest ogłoszony start i przychodzi pora na sektor piąty, nasz sektor próbuje się przesunąć tradycyjnie do przodu, ale się musi powstrzymać bo piąty sektor jeszcze wchodzi z boku między barierki.
Wreszcie start. Na początku kawałek asfaltu, wyprzedzam prawie wszystkich z mojego sektora, którzy byli przede mną.
Idzie... idzie...!

I... poszła!

Zostaje tylko z przodu silna grupka 5 chłopaków, którym staram się trzymać na kole. Jednak chyba przesadziłam ze startem bo po chwili odpadam i kawałek mojego sektora mnie dogania.
Dzisiaj jakoś po drodze nie widzę znajomych koszulek. Hm. Pozmieniali sektory, czy co? Jest to całkiem prawdopodobne. Ja w każdym razie muszę sporo punktów sektorowych dzisiaj nazbierać, żeby móc startować na kolejnym maratonie z piątki. Kto by pomyślał, że będę kiedykolwiek o to zabiegać.
Odpoczywam trochę po postartowym sprincie i zaczynam odrabiać stratę, wyprzedzam sporo osób. Przez jakiś czas mam nadzieję, że jednak dogonię piąty sektor. Nawet przez chwilę wydaje mi się, że widzę z przodu Krzyśka. Doganiam go, ale to nie Krzysiek.
Trasa, dobrze określona przez kogoś z forum Mazovii. Podjazdy płasko-długie. Trasa płaska, mało techniczna. W sumie dość nieurozmaicona. Piachy, szutry, łąki. Najbardziej nie lubię tych łąk. Zaschnięte błotne muldy i potworna trzęsiawka. Nie umiem po czymś takim szybko jechać :(
Na pierwszym bufecie korzystam, że nie ma tłoku i łapię butelkę wody, wychłeptuję ją od razu.
Pić!

Gdzieś na trasie postanawiam sobie urozmaicić wyścig zaliczając kąpiel błotną. Próbuję ominąć niedużą błotnistą kałużę, ale koło osuwa się na mokrej trawie w koleinie obok. Ryms, całym impetem centralnie w błoto. Cały prawy bok usyfiony. Ramię, dłoń, biodro, cała noga. Mijający mnie bikerzy pytają, czy wszystko OK. Chwila kontroli, nie, nic się poważnego nie stało, ale niewygodnie jest jechać z chrupiącymi grudkami błota pomiędzy rękawiczką i palcami a chwytem kierownicy. Nie ma jak tego wytrzepać bo wilgotne błoto się tak łatwo nie wytrzepuje. Trzeba będzie poczekać aż wyschnie. Po jakimś czasie się orientuję, że mam obdrapany łokieć, ale to nic. Gorzej, że pewnie co najmniej minuta w plecy.
Po tej wywrotce, znowu dostaję kopa i w szale adrenaliny wyprzedzam.
Do pewnego momentu sądzę, że zaliczyłam największą kałużę na trasie, ale okazuje się, że jednak nie. Po drodze jest jedno większe błotko na całą szerokość trasy. Można by je przejechać, ale większość bikerów przede mną już złazi z rowerów, więc ja też jestem zmuszona przeprowadzić.
Niestety, nie na długo mi adrenaliny poglebowej. Gdzieś po 35 kilometrze odcina mi prąd. W dodatku w jednym miejscu, gdzie oznaczenie leżało na ziemi (być może ktoś je zerwał, być może wiatr), nie zauważam go i zamiast pojechać na rozstaju w lewo pod górkę, jadę prosto. Orientuje się szybko, że źle pojechałam, ale kolejne cenne chwile stracone.
Jedna ścieżka zarośnięta mocno po obu stronach młodymi brzózkami. W ramach pakietu Rawa-SPA, oprócz kąpieli błotnej organizator dostarczył również masaż witkami brzozowymi. :) Tylko sauny nie ma.
Dalej trochę się wlokę przez jakiś czas, ale w końcu przypominam sobie, że mam żel od Krzyśka. Wsysam go i po kilku kolejnych kilometrach zaczyna mi się lepiej jechać. Pod koniec trasy jeszcze zaliczamy fajny, nawet dość długi singielek, wyraźnie przygotowany przez chłopców downhillowców, bo są rampy, hopki i takie tam. Niestety, nie daje się go płynnie przebyć bo przede mną rowerzyści trochę marudzą :(
Okazuje się jednak, że trochę chyba za późno ten żel bo trasa nagle wraca w miejsce, gdzie odbiliśmy w miasteczka w las. Znaczy się do mety już niedaleko. Ostatnie kilometry jadę na maksa. Tu juz jest mało terenu a więcej szutrów, asfaltu i... ścieżka rowerowa.
W końcu wjeżdżam na metę, gdzie dopinguje mnie już Krzysiek, który przyjechał chwile przede mną. Sektory dzisiaj miały małe odległości pomiędzy startami więc tracę nadzieję, że go objechałam.
Niezawodolona

Spotykamy Marka, chwilę guzdramy się przy aucie.
W którymś momencie, ale już nie wiem dokładnie w którym, widzę wjeżdżającą na metę Che. Podczas finiszu wymienia się uprzejmościami z towarzyszącym jej bikerem ;)
Potem idziemy do biura zawodów. Niestety, coś nie bangla z wynikami. Nie ma części wyników, między innymi moich i Krzyśka. Pani z biura informuje, że część zawodników nie przejechała prawidłowo trasy, ale trwa wyjaśnianie.
Przy biurze zawodów poznaję Bikergonię, ale nie bardzo jestem komunikatywna bo trochę mnie niepokoi kwestia braku wyników.
No to nic, czekamy. Marek z Krzyśkiem idą umyć rowery. Ja idę pod prysznic bo jestem cała w błocie. Po drodze spotykam jakiegoś łysego typa ;) który pyta się jak poszło. Okazuje się, że to Arek. Nie poznałam go, bo zawsze coś ma na głowie a tym razem nic ;)
Prysznic jest ekstraeksluzywnym dalszym ciągiem Rawa-SPA. Jest koedukacyjny. Brak ciepłej wody a zimna woda jest tak zimna, że aż trzaska szkliwo na zębach. Ja jednak muszę się umyć bo Marek mnie będzie wlókł do domu za samochodem ;) Sauna, co ciekawe, też jest, niestety – zamknięta.
Po zniesieniu tortur w postaci lodowatych biczy wodnych, rozmawiam w szatni z dwoma dziewczynami. Pytam się o wyniki. Jedna, młoda, drobna laska mówi, że wygrała Mega z czasem 1:47 cośtam. No... nie powiem, ładny wynik.
Potem idę jeszcze raz do biura zawodów. Krzyśka wynik już jest, dojechał w 02:11:09. Mnie nadal nie ma, ale trwa sprawdzanie. Kilka minut czekania i dowiaduję się, że mam 02:13:46.
Jeszcze gdzieś w międzyczasie natrafiamy na Krzycha. On przyjechał sporo po nas, co mnie nieco dziwi. Dostaję poza tym esa z gratulacjami za czas od Tomka, którego też jakimś cudem objechałam. Ja rozumiem, poprzednio miał awarię, ale wymiana esemesów wyjaśnia, że nie miał żadnej awarii tym razem. Aż mi dziwnie, bo on z naszej całej „najstarszej” ekipy jest najlepszy. Musi mieć po prostu słabszy dzień.
Po sprawdzeniu wyników dobijamy się do bufetu. Ciasto się skończyło a izotonik jest ... wodą która leżała koło izotonika. Na szczęście ciasta po chwili jeszcze miła pani dokraja. Obżeramy się ciastem i otwieramy piwko, które przetrwało trudy podróży i kilka godzin leżenia w aucie na słońcu. Było w torbie termicznej, dobrze pozawijane w różne rzeczy i jest przyjemnie chłodne.
Po chwili dołącza do nas Arek i Che oraz Cons. Chwilkę sobie siedzimy, Che narzeka na ciepłe piwo Mazoviowe więc dostaje od nas chłodnego Żubra. Po czym oddala się na dekorację bo znowu zaliczyła podium.
W sumie to jestem niezadowolona. Krzysiek już za pierwszym podejściem zniweczył jeden z moich celów na sezon. Ale trudno, będę się starała go objechać w kolejnych zawodach. W końcu chodzi o to żeby gonić króliczka ;) Z pozycji w kategorii też jestem niezadowolona (6).
Po zawodach dowiaduję się, że Olaf też startował, ale się nie widzieliśmy. Fajnie, będzie dużo punktów dla teamu tym razem :)
W domu, kolejnego dnia, sprawdzam wyniki. Przy okazji okazuje się, jaki ze mnie matoł. Ta laska, z którą rozmawiałam w szatni po maratonie to była Paula Gorycka. Ale cóż w sumie to nie znam jej twarzy więc nie mogę do siebie mieć pretensji, że jej nie rozpoznałam.
Moja bezpośrednia rywalka do 3 miejsca nie jechała tego maratonu. Ma napisane „wycof.” A poza tym ma z niewiadomego powodu wpisany 7 sektor (?).
48 km (według organizatora 52 km), 02:13:46
Open: 19/38, rating dość niski – z powodów oczywistych
K3: 6/10, rating najwyższy z dotychczasowych
Awans do piątego sektora, uf.
Jako team awansowaliśmy na 69 miejsce :)
Po ochłonięciu dochodzę do wniosku, że jednak jestem zadowolona. Najlepsza moja średnia prędkość jak dotąd. Poza tym awans do piątki.
kadencja 81/124
KOW: 8 (1072)
Edit 14.06.2011
Piszą na forum Mazovii, że sporo osób wczoraj skróciło (nieświadomie) dystans. Było źle oznakowane w jakimśtam miejscu. Najpierw powinien być odjazd w prawo i ominięcie jakiejśtam ściezki łukiem a potem powrót na tę ścieżkę. Jeśli ktoś przegapił oznaczenie w prawo to mógł pojechać tą ścieżką po czym trafić na kolejne oznaczenia już po tym ominięciu. To ominięcie ponoć prowadziło downhillowym singletrackiem, którym jechałam więc wygląda na to, że nic nie ścięłam na trasie. Zresztą z porównania tracka z forum, który ponoć jest z prawidłowej trasy z moim też wynika, że pojechałam dobrze.
Cze z Che nad Wisłą :)
Sobota, 11 czerwca 2011 Kategoria wycieczki i inne spontany
| Km: | 40.48 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 02:32 | km/h: | 15.98 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | 152152 ( 84%) | HRavg | 106( 58%) |
| Kalorie: | kcal | Podjazdy: | m | Sprzęt: Scott Scale 70 | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Miałam dzisiaj odpoczywać, oj kurczę no... ale po prostu miałam ochotę na wycieczkę rowerową z Markiem, i już.
Wycieczka bardzo udana. Przetestowaliśmy osławioną ścieżkę nad Wisłą. Jadąc tamtędy pomyślałam sobie: prawdopodobieństwo spotkania Che: 85%.
Nie ujechaliśmy daleko, gdy faktycznie - z naprzeciwka, z komarami w zębach (chociaż bez browara) pojawiła się Che. Zdążyłam jej tylko krzyknąć "CzE!" :) Ale chyba nie usłyszała, bo następnego dnia po Mazovii narzekała, że ją olałam na tej ścieżce ;)
Ścieżka jest świetna, fajna nawierzchnia, trochę falisto, przyjemny cień, fajne zalewowe klimaty (jakieś pozwalane drzewa obok i takie tam), widok na Wisłę...
Wyjechaliśmy na górę pod Mostem Gdański, gdzie przedostaliśmy się na drugą stronę. Ze zdziwieniem odnotowałam fakt, iż po drugiej stronie ogrodzono "terenowy" podjazd... ale już został wyjeżdżony drugi, w miejscu zakończenia płotka ;)
Podjechaliśmy do Centrum Sportu, żeby popatrzeć na zawody XC. Ale ponieważ strasznie długo wybieraliśmy się z domu, to trafiliśmy na samą końcówkę. Chyba kończyło M3, M4 już było w całkiem zaawansowanym stadium a M5 zaczynało. Niestety, nie dało się zbytnio popatrzeć na zmagania w terenie bo dostępny dla widzów obszar był na całkiem płaskim :(
Popatrzyliśmy chwilkę, po czym ruszyliśmy tyłki na drugą stronę ulicy, do Parku Kępa Potocka, zobaczyć co się dzieje na Pikniku Olimpijskim. Prawdę mówiąc... nuda. Impreza bardziej pod kątem dzieci więc nie było zbytnio na czym się zatrzymać. Przystanęliśmy w zasadzie w dwóch miejscach. Przy grillu ;) Opędzlowaliśmy pysznego grillowanego kuraka, oraz przy namiocie PZKOL. Pokręciłam chwilę na ostrym (na trenażerze). Niestety, wszystkie rowery gdzie były normalne pedały albo noski były albo okupowane albo za wielkie. Jedyny dostępny był z pedałami zatrzaskowymi. Moje butki z blokami MTB kompletnie się na tym nie trzymały więc nie miałam za bardzo możliwości mocniej pokręcić. Trudno.
Odpuściłam ostre i zważyłam rower, bo stała tam waga :D
Rower w wersji maratonowej waży 13,08 kg. Dużo :) Chyba trzeba pomyśleć o odchudzeniu... się. Bo to taniej niż odchudzić rower. :)
W wersji "light" (tzn bez licznika, Garmina, pompki, picia, torebki podsiodłowej... i takie tam), równo kilogram mniej.
Do domku wróciliśmy zygzakując, zahaczając o Al. Ujazdowskie. Chciałam nawet wracać przez Wilanów ale odpuściliśmy sobie bo raz - że kilometraż się zrobił trochę duży jak na lajtową wycieczkę przed maratonem a dwa, że zbierało się na deszcz (który w końcu jednak nie spadł).
KOZW (klasyfikacja odczuwalnego zadowolenia z wycieczki): 10 :)
Wycieczka bardzo udana. Przetestowaliśmy osławioną ścieżkę nad Wisłą. Jadąc tamtędy pomyślałam sobie: prawdopodobieństwo spotkania Che: 85%.
Nie ujechaliśmy daleko, gdy faktycznie - z naprzeciwka, z komarami w zębach (chociaż bez browara) pojawiła się Che. Zdążyłam jej tylko krzyknąć "CzE!" :) Ale chyba nie usłyszała, bo następnego dnia po Mazovii narzekała, że ją olałam na tej ścieżce ;)
Ścieżka jest świetna, fajna nawierzchnia, trochę falisto, przyjemny cień, fajne zalewowe klimaty (jakieś pozwalane drzewa obok i takie tam), widok na Wisłę...
Wyjechaliśmy na górę pod Mostem Gdański, gdzie przedostaliśmy się na drugą stronę. Ze zdziwieniem odnotowałam fakt, iż po drugiej stronie ogrodzono "terenowy" podjazd... ale już został wyjeżdżony drugi, w miejscu zakończenia płotka ;)
Podjechaliśmy do Centrum Sportu, żeby popatrzeć na zawody XC. Ale ponieważ strasznie długo wybieraliśmy się z domu, to trafiliśmy na samą końcówkę. Chyba kończyło M3, M4 już było w całkiem zaawansowanym stadium a M5 zaczynało. Niestety, nie dało się zbytnio popatrzeć na zmagania w terenie bo dostępny dla widzów obszar był na całkiem płaskim :(
Popatrzyliśmy chwilkę, po czym ruszyliśmy tyłki na drugą stronę ulicy, do Parku Kępa Potocka, zobaczyć co się dzieje na Pikniku Olimpijskim. Prawdę mówiąc... nuda. Impreza bardziej pod kątem dzieci więc nie było zbytnio na czym się zatrzymać. Przystanęliśmy w zasadzie w dwóch miejscach. Przy grillu ;) Opędzlowaliśmy pysznego grillowanego kuraka, oraz przy namiocie PZKOL. Pokręciłam chwilę na ostrym (na trenażerze). Niestety, wszystkie rowery gdzie były normalne pedały albo noski były albo okupowane albo za wielkie. Jedyny dostępny był z pedałami zatrzaskowymi. Moje butki z blokami MTB kompletnie się na tym nie trzymały więc nie miałam za bardzo możliwości mocniej pokręcić. Trudno.
Odpuściłam ostre i zważyłam rower, bo stała tam waga :D
Rower w wersji maratonowej waży 13,08 kg. Dużo :) Chyba trzeba pomyśleć o odchudzeniu... się. Bo to taniej niż odchudzić rower. :)
W wersji "light" (tzn bez licznika, Garmina, pompki, picia, torebki podsiodłowej... i takie tam), równo kilogram mniej.
Do domku wróciliśmy zygzakując, zahaczając o Al. Ujazdowskie. Chciałam nawet wracać przez Wilanów ale odpuściliśmy sobie bo raz - że kilometraż się zrobił trochę duży jak na lajtową wycieczkę przed maratonem a dwa, że zbierało się na deszcz (który w końcu jednak nie spadł).
KOZW (klasyfikacja odczuwalnego zadowolenia z wycieczki): 10 :)
pompujemy
Piątek, 10 czerwca 2011 Kategoria trening siłowy, trening
| Km: | 0.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 00:10 | km/h: | 0.00 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| Kalorie: | kcal | Podjazdy: | m | Aktywność: Jazda na rowerze | |||
Nie udało mi się zrobić ostatnio wszystkich pompek w ostatniej serii więc muszę cykl zacząć od początku.
5 + 6 + 4 + 4 + 15
5 + 6 + 4 + 4 + 15
spidowanie pod wiatr
Piątek, 10 czerwca 2011 Kategoria dojazdy, trening
| Km: | 33.16 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 01:32 | km/h: | 21.63 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | 163163 ( 90%) | HRavg | 129( 71%) |
| Kalorie: | kcal | Podjazdy: | m | Sprzęt: Scott Scale 70 | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Co za fantastyczna aura! Chłodno, cudownie! W sam raz na rower. Dzisiaj mi się tak fajnie jeździło, że nawet wmordewind podczas treningu mi nie przeszkadzał (jeździłam po Przyczółkowej w tę i nazad więc raz miałam wplecywind a raz wmordewind). A poza tym wyciągnęłam 46 km/h podczas pierwszego sprintu i zabrakło mi przełożeń ;) Ale to dlatego, że nie umiem na stojąco jechać z wysoką kadencją. Muszę to poćwiczyć :)
Wszystkie sprinty na stojąco, tym razem nie spaliłam sobie mięśni nad kolanami. Poprzednio zrobiłam tylko ostatni sprint na stojąco i myślałam, że padnę trupem potem. Tym razem po pierwszym sprincie, kiedy kolana mnie zapiekły, każdy kolejny już był bezproblemowy (może kolana przyjęły pierwszy szok i się uspokoiły).
W Kabatach wykorzystałam fakt, że podejrzana pogoda wypłoszyła spacerowiczów i - korzystając z tego, że nikt mnie nie widzi - spróbowałam podciągnąć się na drążku na ścieżce zdrowia. Jest dobrze. Do tej pory nie udawało mi się nawet zgiąć rąk. Tym razem podciągnęłam się prawie do kąta prostego w łokciach, co jak na mnie jest gigantycznym wyczynem.
Wracałam do chaty z wielkim bananem na twarzy, mimo tego, że z Kabat miałam pod wiatr. Złapałam w zęby chyba wszystkie okoliczne owady ;)
kadencja 81/117
KOW: 6 (552)
Wszystkie sprinty na stojąco, tym razem nie spaliłam sobie mięśni nad kolanami. Poprzednio zrobiłam tylko ostatni sprint na stojąco i myślałam, że padnę trupem potem. Tym razem po pierwszym sprincie, kiedy kolana mnie zapiekły, każdy kolejny już był bezproblemowy (może kolana przyjęły pierwszy szok i się uspokoiły).
W Kabatach wykorzystałam fakt, że podejrzana pogoda wypłoszyła spacerowiczów i - korzystając z tego, że nikt mnie nie widzi - spróbowałam podciągnąć się na drążku na ścieżce zdrowia. Jest dobrze. Do tej pory nie udawało mi się nawet zgiąć rąk. Tym razem podciągnęłam się prawie do kąta prostego w łokciach, co jak na mnie jest gigantycznym wyczynem.
Wracałam do chaty z wielkim bananem na twarzy, mimo tego, że z Kabat miałam pod wiatr. Złapałam w zęby chyba wszystkie okoliczne owady ;)
kadencja 81/117
KOW: 6 (552)
siłowanie na śniadanie
Piątek, 10 czerwca 2011 Kategoria dojazdy
| Km: | 9.40 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 00:30 | km/h: | 18.80 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | 151151 ( 83%) | HRavg | 126( 70%) |
| Kalorie: | kcal | Podjazdy: | m | Sprzęt: Scott Scale 70 | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Uhaaaa, ale rześko! No... mówili, że ma spaść temperatura, ale żeby aż tak? Ale w sumie to super, 13 stopni w prawie połowie czerwca ;) Akurat na rower.
Gdyby tylko tak nie wiałoooo!!!! Jadąc do pracy miałam wrażenie, że nawet piesi są szybsi ode mnie... i weź tu pilnuj niskiego tętna przy takim wmordewindzie.
Gdyby tylko tak nie wiałoooo!!!! Jadąc do pracy miałam wrażenie, że nawet piesi są szybsi ode mnie... i weź tu pilnuj niskiego tętna przy takim wmordewindzie.
i nie pomoczyło
Czwartek, 9 czerwca 2011 Kategoria dojazdy
| Km: | 31.46 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 01:27 | km/h: | 21.70 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | 165165 ( 91%) | HRavg | 125( 69%) |
| Kalorie: | kcal | Podjazdy: | m | Sprzęt: Scott Scale 70 | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Dzisiaj w ciągu dnia robiło się coraz chłodniej i coraz bardziej wiało. Wreszcie jakieś świeże powietrze :) Co prawda pod koniec dnia zaczęło straszyć deszczem, przyznam, że po cichu liczyłam na to, że mnie zmoczy podczas powrotu do domu.
Kierunek wiatru przy powrocie okazał się pomyślny. Rzadko się zdarza, żebym miała wplecywind jadąc do chaty przez Wilanów. Tym razem jednak tak było, co ucieszyło mnie niezmiernie bo pozwoliło na naprawdę odpoczynkową a jednocześnie szybką jazdę.
Po drodze minął mnie pewien biker. Na chwilę przyczepiłam mu się na koło, ale zapierniczał tak, że przestało mi starczać stref tętna ;) więc odpuściłam po chwili.
Nie pomoczyło mnie jednak.
Dzisiaj po burzliwej dyskusji tutaj i tutaj z Damianem, oraz po wnikliwym przeanalizowaniu wyników moich rywalek, zmieniłam pierwszy cel na resztę sezonu.
A w sumie, czemu nie, mogę powalczyć. Tylko wtedy będzie trzeba się wybrać do Torunia, którego nie przewidywałam w grafiku, haha ;)
Kierunek wiatru przy powrocie okazał się pomyślny. Rzadko się zdarza, żebym miała wplecywind jadąc do chaty przez Wilanów. Tym razem jednak tak było, co ucieszyło mnie niezmiernie bo pozwoliło na naprawdę odpoczynkową a jednocześnie szybką jazdę.
Po drodze minął mnie pewien biker. Na chwilę przyczepiłam mu się na koło, ale zapierniczał tak, że przestało mi starczać stref tętna ;) więc odpuściłam po chwili.
Nie pomoczyło mnie jednak.
Dzisiaj po burzliwej dyskusji tutaj i tutaj z Damianem, oraz po wnikliwym przeanalizowaniu wyników moich rywalek, zmieniłam pierwszy cel na resztę sezonu.
A w sumie, czemu nie, mogę powalczyć. Tylko wtedy będzie trzeba się wybrać do Torunia, którego nie przewidywałam w grafiku, haha ;)
bleeeh ćwiczenia
Środa, 8 czerwca 2011 Kategoria trening siłowy, trening
| Km: | 0.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 02:00 | km/h: | 0.00 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| Kalorie: | kcal | Podjazdy: | m | Aktywność: Jazda na rowerze | |||
Mówiłam już, że nie lubię tych ćwiczeń...?
Dzisiaj bez pompek, bo były wczoraj. Strasznie ciężko mi się robiło te ćwiczenia dzisiaj bo gorąco jest jak w piekle. Za to wynagrodziłam sobie to potem wielką porcją truskawek ze śmietaną.
Wieczorem poczyściłam bloki bo wczorajsze wywrotki na treningu WKK były spowodowane ich zapchaniem błotkiem.
stabilizacja:
wypad z obciążeniem x5
pseudopompka na piłce rehabilitacyjnej x5
przysiad z obciążeniem 4x20 (+2x2kg)
sprężyna (ściąganie do klatki piersiowej) 4x17
step z obciążeniem 4x20 (+2x2kg)
wiosłowanie na stojąco 4x20 (+2x2kg)
wspięcia na palcach bez obciążenia 4x17
brzuszki ze skrętem 4x30
KOW: 6 (720)
Dzisiaj bez pompek, bo były wczoraj. Strasznie ciężko mi się robiło te ćwiczenia dzisiaj bo gorąco jest jak w piekle. Za to wynagrodziłam sobie to potem wielką porcją truskawek ze śmietaną.
Wieczorem poczyściłam bloki bo wczorajsze wywrotki na treningu WKK były spowodowane ich zapchaniem błotkiem.
stabilizacja:
wypad z obciążeniem x5
pseudopompka na piłce rehabilitacyjnej x5
przysiad z obciążeniem 4x20 (+2x2kg)
sprężyna (ściąganie do klatki piersiowej) 4x17
step z obciążeniem 4x20 (+2x2kg)
wiosłowanie na stojąco 4x20 (+2x2kg)
wspięcia na palcach bez obciążenia 4x17
brzuszki ze skrętem 4x30
KOW: 6 (720)
cele?
Środa, 8 czerwca 2011 Kategoria dojazdy, cele i podsumowania sezonu
| Km: | 31.87 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 01:35 | km/h: | 20.13 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | 149149 ( 82%) | HRavg | 122( 67%) |
| Kalorie: | kcal | Podjazdy: | m | Sprzęt: Scott Scale 70 | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Damian mnie skrytykował i Krzysiek mnie skrytykował za modyfikację celów na sezon, że 7 miejsce w generalce K3 to mało ambitne i że mogę być 3. Prawdę mówiąc to cały dzień nad tym dumam. Może faktycznie wyznaczenie takiego celu jest zbyt asekuracyjne, ale z drugiej strony chyba wolę "pierwszą opcję" tzn. wyznaczyć asekuracyjnie i ewentualnie cieszyć się, że zrealizowałam cel z nadwyżką, niż "drugą opcję" tzn. wyznaczyć ambitnie i wkurzać się, że się nie udało. W sumie Marek też powiedział, że jego zdaniem to mało ambitne ale wydźwięk komentarza był taki, że się nie będzie wtrącał bo to nie jego cele :)
...
Chyba muszę to jeszcze przemyśleć.
kadencja 84/124
KOW: 3 (255)
...
Chyba muszę to jeszcze przemyśleć.
kadencja 84/124
KOW: 3 (255)







