praca
Wtorek, 5 października 2010 Kategoria dojazdy, trening
| Km: | 35.18 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 01:50 | km/h: | 19.19 |
| Pr. maks.: | 45.70 | Temperatura: | °C | HRmax: | 161161 ( 92%) | HRavg | 135( 77%) |
| Kalorie: | 1500kcal | Podjazdy: | 283m | Sprzęt: Scott Scale 70 | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Dzisiaj był chyba jeszcze większy wmordewind niż wczoraj. Tylko wiatr chyba wiał nieco pod innym kątem. Postanowiłam nie dać się i jechać jednak z większą kadencją. Dzisiaj kadencja średnia troszeczkę wyższa niż zwykle.
Zauważyłam, że ostatnio coraz mniej używam przełożenia 2x9, wolę się rozkręcić do 30 km/h na 2x8, co wcześniej mi się nie udawało.
kadencja 86/123
KOW: 5
obciążenie: 90x5 = 450
Zauważyłam, że ostatnio coraz mniej używam przełożenia 2x9, wolę się rozkręcić do 30 km/h na 2x8, co wcześniej mi się nie udawało.
kadencja 86/123
KOW: 5
obciążenie: 90x5 = 450
Co za pogoda :)
Poniedziałek, 4 października 2010 Kategoria dojazdy, trening, ze zdjęciami
| Km: | 35.83 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 02:00 | km/h: | 17.91 |
| Pr. maks.: | 44.40 | Temperatura: | °C | HRmax: | 162162 ( 93%) | HRavg | 132( 75%) |
| Kalorie: | 1458kcal | Podjazdy: | 379m | Sprzęt: Scott Scale 70 | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Po niedzielnym biegu dzisiaj tylko głowa chce, ale nogi nie bardzo. Rano ledwo kręcę na przełożeniu 2x8. Poza tym noga daje mi się we znaki. Nie mogę stanąć na pedałach, bo boli.
Jednak siedząc potem w pracy tęsknie spoglądam za okno (co prawda za oknem widzę jedynie mur sąsiedniego budynku, ale za to pięknie oświetlony słoneczkiem).
O godzinie 16:00 już oglądają tylko moje pięty zbiegające po schodach do garażu po rower :)
Jest tak pięknie, że aż się nie chce jechać do domu prostą drogą. Plan jest taki, żeby trasę dzisiaj trochę wydłużyć, jadąc w stronę Konstancina.
Niestety, wmordewind daje mi się ostro we znaki. Miałam ochotę zrobić trening szybkościowy a robię siłówkę. Dopiero przy pomniku Sobieskiego z Marysieńką droga trochę zakręca i wiatr zaczyna wiać pod kątem - a zatem nieco lżej. Mimo wszystko, jedzie się dość ciężko. Wreszcie na ul. Przekornej wiatr zaczyna mi pomagać. Naprawdę za to świetnie mi się jedzie dalej, ul. Gąsek, w stronę Ursynowa - pocinam 30 km/h pod górkę :)
Troszkę uciekam z trasy, zahaczając o skraj Lasku Kabackiego.

Wracam koło Tesco. Po drodze niespodzianka - dawno tędy nie jechałam, a tu ścieżka rowerowa całkiem rozbebeszona na sporym odcinku KEN.
Jeszcze drobne zakupy na straganie z warzywami koło Metra Ursynów - pani sprzedająca warzywka już mnie chyba rozpoznaje :)
kadencja 84/114
KOW: 5
obciążenie: 120x5 = 600
Jednak siedząc potem w pracy tęsknie spoglądam za okno (co prawda za oknem widzę jedynie mur sąsiedniego budynku, ale za to pięknie oświetlony słoneczkiem).
O godzinie 16:00 już oglądają tylko moje pięty zbiegające po schodach do garażu po rower :)
Jest tak pięknie, że aż się nie chce jechać do domu prostą drogą. Plan jest taki, żeby trasę dzisiaj trochę wydłużyć, jadąc w stronę Konstancina.
Niestety, wmordewind daje mi się ostro we znaki. Miałam ochotę zrobić trening szybkościowy a robię siłówkę. Dopiero przy pomniku Sobieskiego z Marysieńką droga trochę zakręca i wiatr zaczyna wiać pod kątem - a zatem nieco lżej. Mimo wszystko, jedzie się dość ciężko. Wreszcie na ul. Przekornej wiatr zaczyna mi pomagać. Naprawdę za to świetnie mi się jedzie dalej, ul. Gąsek, w stronę Ursynowa - pocinam 30 km/h pod górkę :)
Troszkę uciekam z trasy, zahaczając o skraj Lasku Kabackiego.

Wracam koło Tesco. Po drodze niespodzianka - dawno tędy nie jechałam, a tu ścieżka rowerowa całkiem rozbebeszona na sporym odcinku KEN.
Jeszcze drobne zakupy na straganie z warzywami koło Metra Ursynów - pani sprzedająca warzywka już mnie chyba rozpoznaje :)
kadencja 84/114
KOW: 5
obciążenie: 120x5 = 600
Biegnij Warszawo
Niedziela, 3 października 2010 Kategoria zawody biegowe, bieganie
| Km: | 0.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| Kalorie: | kcal | Podjazdy: | m | Sprzęt: Scott Scale 70 | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Miałam nie biec, bo noga.
Jeszcze w sobotę przed południem miałam nie biec. Ale przecież nie mogę nie biec :) Muszę mieć medal :D Poza tym pogoda taka piękna, aż szkoda by było nie pobiec.
W sobotę noga zamilkła, widać podziela moje zdanie :) No to jednak biegnę.
Rano jest chłodno. Ubieram się w koszulkę termiczną z długim rękawem i koszulkę Biegnij Warszawo na wierzch. W zapasie mam kurtkę. Podczas biegu przyczepię ją na "nosidełku" do bidon na pasku.
Na miejscu pełno ludzi, wesoła atmosfera, wszyscy w niebieskich i zielonych koszulkach, krzyczą, biegają, rozgrzewka, żarty, rozmowy :) Głównie wspominki innych biegów :)
Nie robię za bardzo rozgrzewki bo się boję ruszać nogi. Po dojściu z metra na miejsce imprezy noga zaczyna pobolewać. Nie przyznaję się do tego Markowi, przecież nie mogę nie biec. Gdzieś pod Tojami spotykamy kolegę Marka z pracy, "Harpagana" Michała :) Harpagan biega ultramaratony średnio raz w tygodniu, dlatego nazywam go Harpaganem :) Dzisiaj biegnie ze swoją córeczką w wózku. Witamy się tylko i Michał gdzieś leci, chyba już na start.
Stajemy z Markiem dość daleko od linii startu, więc jak bieg się rozpoczyna to jeszcze tylko idziemy, nie biegniemy. Robi się zadziwiająco ciepło, myślę o zdjęciu koszulki spod spodu ale w końcu rezygnuję z tego. Nie mam co z nią zrobić. Potem tego żałuję bo się robi naprawdę dobrze ciepło.
Biegnę zachowawczo, powoli - nie zamierzam dzisiaj bić życiówki, poza tym boję się, że noga mi przeszkodzi ukończyć bieg. Doganiamy jednak Michała, który wcześniej wystartował. Biegnie z wózkiem a obok jego mama. Chyba pierwszy jej bieg dzisiaj. Planują dobiec w 1:50. Chwilę biegniemy razem, rozmawiamy, ale oni biegną naprawdę wolno więc za jakiś czas wracamy do własnego tempa.
Po około 2 km podbieg Belwederską. Przed nami widać zielony dywan z ludzi w zielonych koszulkach na podbiegu. Wygląda to świetnie.
Biegnie mi się zadziwiająco lekko i przyjemnie, noga siedzi cicho. Cały podbieg bez zatrzymania, hura! I po podbiegu dalej biegnie mi się dobrze, chociaż spodziewałam się, że "zdechnę" po tym.
Po drodze spotykamy się z imprezą towarzyszącą "Maszeruję - kibicuję" - przybijam "piątki" z kibicami wędrującymi w przeciwnym kierunku. Atmosfera jest świetna, dodaje mi skrzydeł.
Pierwszy kryzys dopada mnie około 5 kilometra, w samym centrum (koło Rotundy). Mam ochotę zwolnić, ale widzę fotografa więc nie zwalniam, żeby mieć dobre zdjęcie ;) Potem kryzys mija. Bieg już jest mocno rozciągnięty, zrobiło się luźno - łatwiej mijać i być mijanym.
Wymieniam z Markiem uwagi na temat zakorkowania Warszawy dzisiaj i tydzień temu (Maraton). Pewnie niektórzy kierowcy trafili w oba korki, muszą nienawidzić biegaczy z całego serca.
Olewam bufet bo jest przy nim taki korek, że chociaż chce mi się pić, to nie mam ochoty tam się zatrzymywać.
Tempo jest dobre, średnia 6:35. Jeśli je utrzymam to znów będzie życiówka. Podejrzewam jednak, że nie dam rady bo czuję się już mocno zmęczona.
Na Nowym Świecie robi się wąsko i ciasno - biegniemy wzdłuż straganów kiermaszu wyrobów regionalnych. Tutaj też łapie mnie kryzys, muszę na moment zwolnić. Ale już niedaleko - 3 km, 2 km. Trasa ucieka nawet nie wiadomo kiedy.
Końcowy odcinek, w dół, koło Sejmu, ostatni kilometr, pozwala mi trochę przyspieszyć, jednak nie mam już siły na finisz do mety. Nogi wiedzą swoje. Po wpadnięciu na metę jestem ledwo żywa.
Przez chwilę stoję i zipię, hiperwentylacja mnie dopadła.
Szukam wzrokiem stolików z wodą, ale są daleko! Uff, trzeba tam doczłapać... po drodze odbieram medal od chłopaka z dreadami. Ale ciężki (medal, nie chłopak). Jest też woda.
Zadowolona, zmęczona jak pies, chyba język mam do pasa :)
Jednak jest życiówka :D
1:05:58 - pobita o 1:12
HR 161/175
KOW: 9
obciążenie 9x66 = 594
Jeszcze w sobotę przed południem miałam nie biec. Ale przecież nie mogę nie biec :) Muszę mieć medal :D Poza tym pogoda taka piękna, aż szkoda by było nie pobiec.
W sobotę noga zamilkła, widać podziela moje zdanie :) No to jednak biegnę.
Rano jest chłodno. Ubieram się w koszulkę termiczną z długim rękawem i koszulkę Biegnij Warszawo na wierzch. W zapasie mam kurtkę. Podczas biegu przyczepię ją na "nosidełku" do bidon na pasku.
Na miejscu pełno ludzi, wesoła atmosfera, wszyscy w niebieskich i zielonych koszulkach, krzyczą, biegają, rozgrzewka, żarty, rozmowy :) Głównie wspominki innych biegów :)
Nie robię za bardzo rozgrzewki bo się boję ruszać nogi. Po dojściu z metra na miejsce imprezy noga zaczyna pobolewać. Nie przyznaję się do tego Markowi, przecież nie mogę nie biec. Gdzieś pod Tojami spotykamy kolegę Marka z pracy, "Harpagana" Michała :) Harpagan biega ultramaratony średnio raz w tygodniu, dlatego nazywam go Harpaganem :) Dzisiaj biegnie ze swoją córeczką w wózku. Witamy się tylko i Michał gdzieś leci, chyba już na start.
Stajemy z Markiem dość daleko od linii startu, więc jak bieg się rozpoczyna to jeszcze tylko idziemy, nie biegniemy. Robi się zadziwiająco ciepło, myślę o zdjęciu koszulki spod spodu ale w końcu rezygnuję z tego. Nie mam co z nią zrobić. Potem tego żałuję bo się robi naprawdę dobrze ciepło.
Biegnę zachowawczo, powoli - nie zamierzam dzisiaj bić życiówki, poza tym boję się, że noga mi przeszkodzi ukończyć bieg. Doganiamy jednak Michała, który wcześniej wystartował. Biegnie z wózkiem a obok jego mama. Chyba pierwszy jej bieg dzisiaj. Planują dobiec w 1:50. Chwilę biegniemy razem, rozmawiamy, ale oni biegną naprawdę wolno więc za jakiś czas wracamy do własnego tempa.
Po około 2 km podbieg Belwederską. Przed nami widać zielony dywan z ludzi w zielonych koszulkach na podbiegu. Wygląda to świetnie.
Biegnie mi się zadziwiająco lekko i przyjemnie, noga siedzi cicho. Cały podbieg bez zatrzymania, hura! I po podbiegu dalej biegnie mi się dobrze, chociaż spodziewałam się, że "zdechnę" po tym.
Po drodze spotykamy się z imprezą towarzyszącą "Maszeruję - kibicuję" - przybijam "piątki" z kibicami wędrującymi w przeciwnym kierunku. Atmosfera jest świetna, dodaje mi skrzydeł.
Pierwszy kryzys dopada mnie około 5 kilometra, w samym centrum (koło Rotundy). Mam ochotę zwolnić, ale widzę fotografa więc nie zwalniam, żeby mieć dobre zdjęcie ;) Potem kryzys mija. Bieg już jest mocno rozciągnięty, zrobiło się luźno - łatwiej mijać i być mijanym.
Wymieniam z Markiem uwagi na temat zakorkowania Warszawy dzisiaj i tydzień temu (Maraton). Pewnie niektórzy kierowcy trafili w oba korki, muszą nienawidzić biegaczy z całego serca.
Olewam bufet bo jest przy nim taki korek, że chociaż chce mi się pić, to nie mam ochoty tam się zatrzymywać.
Tempo jest dobre, średnia 6:35. Jeśli je utrzymam to znów będzie życiówka. Podejrzewam jednak, że nie dam rady bo czuję się już mocno zmęczona.
Na Nowym Świecie robi się wąsko i ciasno - biegniemy wzdłuż straganów kiermaszu wyrobów regionalnych. Tutaj też łapie mnie kryzys, muszę na moment zwolnić. Ale już niedaleko - 3 km, 2 km. Trasa ucieka nawet nie wiadomo kiedy.
Końcowy odcinek, w dół, koło Sejmu, ostatni kilometr, pozwala mi trochę przyspieszyć, jednak nie mam już siły na finisz do mety. Nogi wiedzą swoje. Po wpadnięciu na metę jestem ledwo żywa.
Przez chwilę stoję i zipię, hiperwentylacja mnie dopadła.
Szukam wzrokiem stolików z wodą, ale są daleko! Uff, trzeba tam doczłapać... po drodze odbieram medal od chłopaka z dreadami. Ale ciężki (medal, nie chłopak). Jest też woda.
Zadowolona, zmęczona jak pies, chyba język mam do pasa :)
Jednak jest życiówka :D
1:05:58 - pobita o 1:12
HR 161/175
KOW: 9
obciążenie 9x66 = 594
praca + test nogi
Piątek, 1 października 2010 Kategoria dojazdy, trening, bieganie
| Km: | 27.23 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 01:26 | km/h: | 19.00 |
| Pr. maks.: | 47.60 | Temperatura: | °C | HRmax: | 162162 ( 93%) | HRavg | 138( 79%) |
| Kalorie: | 1297kcal | Podjazdy: | 236m | Sprzęt: Scott Scale 70 | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Fervex pomógł. Dzisiaj czułam się już całkiem dobrze, więc powrót z pracy standardową trasą przez Agrykolę i Wilanów. O dziwo, wygląda na to, że mój rower nie może być zbyt czysty. Z obserwacji wynika, że jeździ najciszej, gdy przejadę się po deszczu i kałużach :) Napęd przestał piszczeć po ostatniej mżawce.
Po "prawie przerwie" w jeżdżeniu od niedzielnego maratonu, dzisiejszy pojedynczy podjazd pod Agrykolę był... bardzo męczący.
Zadziwiająco wysoka kadencja: 88/117
KOW: 4
Boląca noga trochę odpuściła (już nie boli przy chodzeniu, tylko przy wchodzeniu po schodach) więc postanowiłam sprawdzić, czy da się biec. Niestety, boli. Nie wiem, co to będzie w niedzielę. Czarno to widzę... :(
2,89 km / 20:03
HR 146/158
KOW: 4
obciążenie: 4x 86 + 4x20 = 424
Po "prawie przerwie" w jeżdżeniu od niedzielnego maratonu, dzisiejszy pojedynczy podjazd pod Agrykolę był... bardzo męczący.
Zadziwiająco wysoka kadencja: 88/117
KOW: 4
Boląca noga trochę odpuściła (już nie boli przy chodzeniu, tylko przy wchodzeniu po schodach) więc postanowiłam sprawdzić, czy da się biec. Niestety, boli. Nie wiem, co to będzie w niedzielę. Czarno to widzę... :(
2,89 km / 20:03
HR 146/158
KOW: 4
obciążenie: 4x 86 + 4x20 = 424
ohydniście i obrzyśkliwie :)
Czwartek, 30 września 2010 Kategoria dojazdy
| Km: | 18.37 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 01:05 | km/h: | 16.96 |
| Pr. maks.: | 31.40 | Temperatura: | °C | HRmax: | 154154 ( 88%) | HRavg | 133( 76%) |
| Kalorie: | 882kcal | Podjazdy: | 396m | Sprzęt: Scott Scale 70 | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Po przymusowych dwóch dniach odpoczynku w tym tygodniu, dzisiaj żadna siła nie zmusiłaby mnie do pojechania do pracy metrem. Nawet potworna czarna chmura za oknem, mżawka i temperatura 5 stopni.
Trochę za chłodno się ubrałam. Ostatnio kupione spodenki Berknera 3/4 są trochę za cienkie, poza tym są 3/4..., zaś ciepła bluza do biegania jest zbyt przewiewna. Za to olśnieniem było założenie ocieplaczy na buty :)
Mało nie rozjechał mnie jakiś psychopatyczny autobus, gdy jechałam buspasem na al. Niepodległości. Ja rozumiem, że on może mieć pretensje, że jadę buspasem, ale to nie jest powód, żeby mnie próbować zepchnąć z ulicy na trawnik. Tak się zdenerwowałam, że aż napisałam mejla do MZA po dotarciu do pracy. Ciekawe, co odpiszą...
Wracając ubrałam się dodatkowo w wiatrówkę, ale ponieważ w ciągu dnia zaczęłam się źle czuć (czyżby próbowało mnie w końcu dopaść przeziębienie, które do tej pory mnie oszczędziło, choć w około wszyscy padają jak muchy?) to i tak zmarzłam.
Wieczorem do snu Fervexik... zobaczymy, co jutro będzie.
kadencja 83/116
KOW: 2
obciążenie: 2x 65 = 130
Trochę za chłodno się ubrałam. Ostatnio kupione spodenki Berknera 3/4 są trochę za cienkie, poza tym są 3/4..., zaś ciepła bluza do biegania jest zbyt przewiewna. Za to olśnieniem było założenie ocieplaczy na buty :)
Mało nie rozjechał mnie jakiś psychopatyczny autobus, gdy jechałam buspasem na al. Niepodległości. Ja rozumiem, że on może mieć pretensje, że jadę buspasem, ale to nie jest powód, żeby mnie próbować zepchnąć z ulicy na trawnik. Tak się zdenerwowałam, że aż napisałam mejla do MZA po dotarciu do pracy. Ciekawe, co odpiszą...
Wracając ubrałam się dodatkowo w wiatrówkę, ale ponieważ w ciągu dnia zaczęłam się źle czuć (czyżby próbowało mnie w końcu dopaść przeziębienie, które do tej pory mnie oszczędziło, choć w około wszyscy padają jak muchy?) to i tak zmarzłam.
Wieczorem do snu Fervexik... zobaczymy, co jutro będzie.
kadencja 83/116
KOW: 2
obciążenie: 2x 65 = 130
deszczowo i leniwie
Wtorek, 28 września 2010 Kategoria dojazdy
| Km: | 18.29 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 01:08 | km/h: | 16.14 |
| Pr. maks.: | 36.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | 148148 ( 85%) | HRavg | 123( 70%) |
| Kalorie: | 933kcal | Podjazdy: | 510m | Sprzęt: Scott Scale 70 | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Wczoraj przymusowy odpoczynek (rano padało dość mocno).
Dzisiaj za to w rowerze nic nie działało jak powinno.
Na początek, nie działał licznik. Pewnie po pełnym zaangażowania myciu mojego roweru po maratonie w Nowym Dworze przez Marka i Krzyśka. Zatrzymałam się, poprawiłam, pojechałam dalej.
Siodełko za nisko. Zatrzymałam się, poprawiłam, pojechałam.
Za wysoko. Zatrzymałam się, poprawiłam, pojechałam.
Za nisko jednak. Zatrzymałam się, poprawiłam, pojechałam.
Ok chyba dobrze tym razem.
Gorąco. Zatrzymałam się, odpięłam rękawy, zmieniłam rękawiczki na krótkie, pojechałam.
Rower mi skrzypi (akurat na to nic nie poradzę, więc jechałam dalej).
Jak wracałam z pracy znowu mi siodełko nie pasowało. Zatrzymałam się, poprawiłam, pojechałam.
Deszcz się rozpadał. Zatrzymałam się, założyłam pokrowiec na plecak, pojechałam...
Uff, udało mi się dotrzeć do domu...
Jazda dzisiaj majestatyczna, powolna i dostojna. Ale fajnie, pierwszy raz nie musiałam się martwić, że zamoczę buty bo mam drugie na zmianę :D
Wieczorem odebrałam jeszcze z serwisu odzyskany rower. Wyczyszczony, nasmarowany, wymieniony łańcuch i kaseta oraz hamulce.
Jeździ. Ale mam wrażenie, że siedzę na kozie :) (geometria). Muszę coś z tym zrobić... Trzeba będzie zmienić co... chyba cały wspornik kierownicy bo jest zintegrowany z mostkiem i kierę. Trzeba też zmienić klamki hamulcowe bo obecne ledwo zipią. Ale to już kiedyśtam. I tak doprowadzenie roweru do w miarę sensownego stanu kosztowało mnie prawie 300 zł. No i jeszcze kupiłam skuwacz do łańcucha.
Ale jeszcze jaka wtopa w sklepie... Jak wyjechałam rowerem to patrzę, hej, nie zamontowali mi manetek od przerzutek! Wróciłam do sklepu i mówię, że brakuje manetek, a miły pan pokazuje mi palcem... gripshifta na kierownicy :D
kadencja 81/109
KOW: 2
obciążenie: 2x 68 = 136
Dzisiaj za to w rowerze nic nie działało jak powinno.
Na początek, nie działał licznik. Pewnie po pełnym zaangażowania myciu mojego roweru po maratonie w Nowym Dworze przez Marka i Krzyśka. Zatrzymałam się, poprawiłam, pojechałam dalej.
Siodełko za nisko. Zatrzymałam się, poprawiłam, pojechałam.
Za wysoko. Zatrzymałam się, poprawiłam, pojechałam.
Za nisko jednak. Zatrzymałam się, poprawiłam, pojechałam.
Ok chyba dobrze tym razem.
Gorąco. Zatrzymałam się, odpięłam rękawy, zmieniłam rękawiczki na krótkie, pojechałam.
Rower mi skrzypi (akurat na to nic nie poradzę, więc jechałam dalej).
Jak wracałam z pracy znowu mi siodełko nie pasowało. Zatrzymałam się, poprawiłam, pojechałam.
Deszcz się rozpadał. Zatrzymałam się, założyłam pokrowiec na plecak, pojechałam...
Uff, udało mi się dotrzeć do domu...
Jazda dzisiaj majestatyczna, powolna i dostojna. Ale fajnie, pierwszy raz nie musiałam się martwić, że zamoczę buty bo mam drugie na zmianę :D
Wieczorem odebrałam jeszcze z serwisu odzyskany rower. Wyczyszczony, nasmarowany, wymieniony łańcuch i kaseta oraz hamulce.
Jeździ. Ale mam wrażenie, że siedzę na kozie :) (geometria). Muszę coś z tym zrobić... Trzeba będzie zmienić co... chyba cały wspornik kierownicy bo jest zintegrowany z mostkiem i kierę. Trzeba też zmienić klamki hamulcowe bo obecne ledwo zipią. Ale to już kiedyśtam. I tak doprowadzenie roweru do w miarę sensownego stanu kosztowało mnie prawie 300 zł. No i jeszcze kupiłam skuwacz do łańcucha.
Ale jeszcze jaka wtopa w sklepie... Jak wyjechałam rowerem to patrzę, hej, nie zamontowali mi manetek od przerzutek! Wróciłam do sklepu i mówię, że brakuje manetek, a miły pan pokazuje mi palcem... gripshifta na kierownicy :D
kadencja 81/109
KOW: 2
obciążenie: 2x 68 = 136
Mazovia MTB Nowy Dwór
Niedziela, 26 września 2010 Kategoria wyścigi, ze zdjęciami, >50 km
| Km: | 64.50 | Km teren: | 60.00 | Czas: | 03:29 | km/h: | 18.52 |
| Pr. maks.: | 34.80 | Temperatura: | °C | HRmax: | 175175 (100%) | HRavg | 161( 92%) |
| Kalorie: | 2949kcal | Podjazdy: | 189m | Sprzęt: Scott Scale 70 | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Jechać to Giga, nie jechać, jechać, nie jechać, jechać, nie jechać. Marek wiózł mnie i Krzyśka do Nowego Dworu a ja już miałam tętno koło 100 :)
Tak naprawdę to już była zdecydowana, żeby jechać, zgodnie z tym co wykładali na Teorii Podejmowania Decyzji na studiach, jest to tzw. decyzja a'priori. To znaczy, z góry się na coś nastawiam i wyszukuję preteksty żeby odrzucać wszystkie alternatywy.
W drodze na start spotykamy Tomka. Jest tak skupiony na rowerze, że nas nie zauważa, dopiero jak krzyczymy do niego. Przy TOIach stoi Olaf. Marek wdaje się z nim w pogawędkę, a ja MUSZĘ do kibelka :) Jak wychodzę to Olafa już nie ma.
Start z 6 sektora. Prosiłam o przesunięcie z 4 bo nie lubię, jak mnie wszyscy wyprzedzają. 6 jest optymalny, bo ci co mają wyrwać do przodu to wyrywają, i tyle ich widzieli, a ci, co mają odpaść, odpadają - i też tyle ich widzieli. Ani ja za bardzo nie wyprzedzam, ani mnie nie wyprzedzają.
Dojście do sektora wąskie, ciasne, ruch w obie strony, rowery zawadzają się kierownicami, pedałami... Kawałek idę po trawniku i ... właże w psią kupę. Podobno to na szczęście. Ludzie zawsze znajdą wyjaśnienie dla nawet takiego idiotyzmu jak wlezienie w psią kupę.
Przez chwilę próbuję się pozbyć tego z buta, na krawężniku, na trawie, ni cholery - odporne gówno. Trudno, pewnie się wyczyści jak parę razy będę musiała zejść z roweru w błoto albo piach. Przed startem jeszcze izotonik i baton.
Start. Na początek trochę asfaltu. Jeszcze pamiętam, że mam nie dawać czadu na razie, w końcu jadę nie 50 tylko 70 km, więc nie silę się zbytnio na wyprzedzanie. Potem strasznie pylista szutrówka.

Ale jak tylko wpadamy na ubitą leśną drogę, zapominam, że miałam nie gnać.
Jedzie mi się wprost świetnie, nogi same kręcą. Skupiam się na trasie. Nawet nie wiem czy wyprzedzam, po prostu płynę. Znalazłam dzisiaj FLOW :) Trochę błota, tu wybieram złą ścieżkę w ścisku i muszę zejść z roweru. Ale zaraz wsiadam i lecę dalej. Chyba mi ktoś cyka fotkę jak przedzieram się skrajem błota po łapiących za twarz gałęziach.

Pierwszy bufet niespodziewanie szybko. Mała kontrola - pół butelki. Dobra, łapię Powera i do kieszonki. Jak się okazało, przydał się, bo potem dłuuuugo nie było żadnego bufetu. Tak czy siak kolejne bufety olewam.
Trasa ładna, zróżnicowana. Błota niewiele, trochę piachów, mało górek. Górki, z wyjątkiem dwóch - do podjechania. Zjazdy - z wyjątkiem jednego - do zjechania. Zjeżdżam też z takiego straszliwego zjazdu, że aż muszę trzymać oczy wytrzeszczone, żeby ich nie zamknąć ze strachu. Daję sobie w myślach medal za ten zjazd - za odwagę.
Gdzieś po drodze widzę z boku trasy koszulkę Bikestats i wysoką sylwetkę. Trochę się dziwię, ale to chyba awaria. Krzyczę "Cześć!" i słyszę Damiana: "Brawo! Zasuwaj!". No to zasuwam.
Niewystarczająco, bo za chwilę Damian już siedzi mi na plecach i nabija się "Co to, spacerek?". Chwilę jedziemy razem. Jedzie Mega. Mega? Jak to Mega? Wyjaśnia, że kiepska kondycja a poza tym ma napęd spięty na ostre bo przerzutka zepsuta. No dobra... Dobra ściema nie jest zła :P Oczywiście, jadę za wolno więc zaraz mnie wyprzedza i słyszę z przodu tylko "Lewa! Lewa! Lewa!" i już Go nie widać.
Deszcz zaczyna kropić. Trochę mnie to martwi bo w błocie sobie nie radzę. Ale nie długo. Nie zdążyło zmoczyć ścieżek - zaraz się przejaśnia i wychodzi słońce. Las jest piękny i pachnący.

Pięknie, prawda?
Już niedługo rozjazd na Giga. Mam dużo czasu do zamknięcia rozjazdu więc się nie stresuję. Jak widzę tabliczkę, nie zastanawiam się, odbijam.
Przez chwilę nikogo przede mną, nikogo za mną. Jednak po paru kaemach mijam dwójkę, chyba Megowców. Dziewczyna krzyczy, że szkoda tak pędzić w taką piękną pogodę i trzeba popodziwiać las. Nie zwracam na nią uwagi, zasuwam dalej.
Szybka kontrola licznika – mam szansę na 3:30, jeśli utrzymam tempo.
Ktoś tam mnie przegania, pewnie jakiś zmarudziły Gigowiec. Potem ktoś mnie dogania i sapie mi na plecach. Oboje podchodzimy jakiś podjazd. Nogi już mam zmęczone i nie daję rady podjechać. Mój towarzysz narzeka na przeskakujący łańcuch. To dość leciwy rowerzysta, ale po podejściu wsiada na rower i szybko mi ucieka.
Stosowny limeryk (by limerykarnia.pl):
O starym bajkerze raz w Nowym Dworze
mówiły panny: "Stary i może!".
"Zwłaszcza w długim dystansie
jeździ, jakby był w transie,
i bardzo duży skok ma (w amorze)".
Za jakiś czas mam kolejnego rowerzystę na karku. Chcę go przepuścić, ale krzyczy „Jedź!”. Niestety, wymiękam na tym samym zjeździe, na którym wymiękłam na poprzedniej pętli. Ten za mną nie wymięka i ucieka mi. Spotykam go potem jeszcze raz – stoi z boku i krzyczy „Masz imbus?” Zatrzymuję się, bo mam. Mówi, że pogubił śruby, chyba od mostka, i kierownica mu odpada. Na szczęście ma jeszcze dwie śruby, musi je tylko dokręcić. No nieźle… Zostawiam mu klucz i jadę dalej.
Gdzieśtam po drodze mijam oznaczenia – do mety jeszcze 35, 25, potem 20 km. Póki co, zgadza się z licznikiem, chociaż wiem z doświadczenia, że dystanse na Mazovii są… nieco płynne.
Końcówka już bez przygód, choć jestem tak zmęczona, że się trochę wlokę. Druga pętla zdecydowanie wolniejsza, trochę mnie to martwi bo nie będzie 3:30, raczej bliżej 4:00 – jak pierwotnie sądziłam.
Gdy widzę oznaczenie 5 km do mety, na liczniku mam około 60 km. Hę? Zaraz potem 3 km, 2 km… Hę?
Końcówka ciężka, na ostatniej prostej wmordewind. Próbuję utrzymać 30 km/h. Ktoś mnie dopinguje.
Gdy wjeżdżam na metę po 3:28 licznik pokazuje 64,5 km. Znowu organizatorzy zjedli parę kilometrów.
Nikt mnie nie wita, bo Marek z Krzyśkiem pewnie zakładali 4h :(
Chwilę stoję i wyrzucam z siebie powietrze. Izotonika w paśniku zbrakło :( więc wypijam chyba z 6 kubeczków wody. Na metę dojeżdża biker, któremu pożyczyłam klucz, oddaje mi klucz, zamieniamy kilka słów.
Dzwonię do Marka, i zaraz Marek z Krzyśkiem się pojawiają. Krzysiek już dawno z Mega (02:29:15), przebrany, rower umyty.
Kręcimy się jeszcze chwilę. Marek z Krzyśkiem myją mi rower :D Oglądamy dekorację kobiet Giga, gadamy chwilę z Tomkiem (Mega 02:00:03) i zbieramy się.
Psia kupa, niestety, trzyma się dobrze.
Łapiemy jeszcze jedną, na oponie roweru, wracając do auta. Co za gówniany dzień :)
Miejsce Giga K Open: 6/8 , Kat: 3/3. Ale – przyjechałam tylko pół godziny po najlepszej! :) :)
Czas: 03:28:41
I awans do 3 sektora :D
kadencja 79/115
KOW: 8
obciążenie: 8 x 148 = 1184
Tak naprawdę to już była zdecydowana, żeby jechać, zgodnie z tym co wykładali na Teorii Podejmowania Decyzji na studiach, jest to tzw. decyzja a'priori. To znaczy, z góry się na coś nastawiam i wyszukuję preteksty żeby odrzucać wszystkie alternatywy.
W drodze na start spotykamy Tomka. Jest tak skupiony na rowerze, że nas nie zauważa, dopiero jak krzyczymy do niego. Przy TOIach stoi Olaf. Marek wdaje się z nim w pogawędkę, a ja MUSZĘ do kibelka :) Jak wychodzę to Olafa już nie ma.
Start z 6 sektora. Prosiłam o przesunięcie z 4 bo nie lubię, jak mnie wszyscy wyprzedzają. 6 jest optymalny, bo ci co mają wyrwać do przodu to wyrywają, i tyle ich widzieli, a ci, co mają odpaść, odpadają - i też tyle ich widzieli. Ani ja za bardzo nie wyprzedzam, ani mnie nie wyprzedzają.
Dojście do sektora wąskie, ciasne, ruch w obie strony, rowery zawadzają się kierownicami, pedałami... Kawałek idę po trawniku i ... właże w psią kupę. Podobno to na szczęście. Ludzie zawsze znajdą wyjaśnienie dla nawet takiego idiotyzmu jak wlezienie w psią kupę.
Przez chwilę próbuję się pozbyć tego z buta, na krawężniku, na trawie, ni cholery - odporne gówno. Trudno, pewnie się wyczyści jak parę razy będę musiała zejść z roweru w błoto albo piach. Przed startem jeszcze izotonik i baton.
Start. Na początek trochę asfaltu. Jeszcze pamiętam, że mam nie dawać czadu na razie, w końcu jadę nie 50 tylko 70 km, więc nie silę się zbytnio na wyprzedzanie. Potem strasznie pylista szutrówka.

Ale jak tylko wpadamy na ubitą leśną drogę, zapominam, że miałam nie gnać.
Jedzie mi się wprost świetnie, nogi same kręcą. Skupiam się na trasie. Nawet nie wiem czy wyprzedzam, po prostu płynę. Znalazłam dzisiaj FLOW :) Trochę błota, tu wybieram złą ścieżkę w ścisku i muszę zejść z roweru. Ale zaraz wsiadam i lecę dalej. Chyba mi ktoś cyka fotkę jak przedzieram się skrajem błota po łapiących za twarz gałęziach.

Pierwszy bufet niespodziewanie szybko. Mała kontrola - pół butelki. Dobra, łapię Powera i do kieszonki. Jak się okazało, przydał się, bo potem dłuuuugo nie było żadnego bufetu. Tak czy siak kolejne bufety olewam.
Trasa ładna, zróżnicowana. Błota niewiele, trochę piachów, mało górek. Górki, z wyjątkiem dwóch - do podjechania. Zjazdy - z wyjątkiem jednego - do zjechania. Zjeżdżam też z takiego straszliwego zjazdu, że aż muszę trzymać oczy wytrzeszczone, żeby ich nie zamknąć ze strachu. Daję sobie w myślach medal za ten zjazd - za odwagę.
Gdzieś po drodze widzę z boku trasy koszulkę Bikestats i wysoką sylwetkę. Trochę się dziwię, ale to chyba awaria. Krzyczę "Cześć!" i słyszę Damiana: "Brawo! Zasuwaj!". No to zasuwam.
Niewystarczająco, bo za chwilę Damian już siedzi mi na plecach i nabija się "Co to, spacerek?". Chwilę jedziemy razem. Jedzie Mega. Mega? Jak to Mega? Wyjaśnia, że kiepska kondycja a poza tym ma napęd spięty na ostre bo przerzutka zepsuta. No dobra... Dobra ściema nie jest zła :P Oczywiście, jadę za wolno więc zaraz mnie wyprzedza i słyszę z przodu tylko "Lewa! Lewa! Lewa!" i już Go nie widać.
Deszcz zaczyna kropić. Trochę mnie to martwi bo w błocie sobie nie radzę. Ale nie długo. Nie zdążyło zmoczyć ścieżek - zaraz się przejaśnia i wychodzi słońce. Las jest piękny i pachnący.

Pięknie, prawda?
Już niedługo rozjazd na Giga. Mam dużo czasu do zamknięcia rozjazdu więc się nie stresuję. Jak widzę tabliczkę, nie zastanawiam się, odbijam.
Przez chwilę nikogo przede mną, nikogo za mną. Jednak po paru kaemach mijam dwójkę, chyba Megowców. Dziewczyna krzyczy, że szkoda tak pędzić w taką piękną pogodę i trzeba popodziwiać las. Nie zwracam na nią uwagi, zasuwam dalej.
Szybka kontrola licznika – mam szansę na 3:30, jeśli utrzymam tempo.
Ktoś tam mnie przegania, pewnie jakiś zmarudziły Gigowiec. Potem ktoś mnie dogania i sapie mi na plecach. Oboje podchodzimy jakiś podjazd. Nogi już mam zmęczone i nie daję rady podjechać. Mój towarzysz narzeka na przeskakujący łańcuch. To dość leciwy rowerzysta, ale po podejściu wsiada na rower i szybko mi ucieka.
Stosowny limeryk (by limerykarnia.pl):
O starym bajkerze raz w Nowym Dworze
mówiły panny: "Stary i może!".
"Zwłaszcza w długim dystansie
jeździ, jakby był w transie,
i bardzo duży skok ma (w amorze)".
Za jakiś czas mam kolejnego rowerzystę na karku. Chcę go przepuścić, ale krzyczy „Jedź!”. Niestety, wymiękam na tym samym zjeździe, na którym wymiękłam na poprzedniej pętli. Ten za mną nie wymięka i ucieka mi. Spotykam go potem jeszcze raz – stoi z boku i krzyczy „Masz imbus?” Zatrzymuję się, bo mam. Mówi, że pogubił śruby, chyba od mostka, i kierownica mu odpada. Na szczęście ma jeszcze dwie śruby, musi je tylko dokręcić. No nieźle… Zostawiam mu klucz i jadę dalej.
Gdzieśtam po drodze mijam oznaczenia – do mety jeszcze 35, 25, potem 20 km. Póki co, zgadza się z licznikiem, chociaż wiem z doświadczenia, że dystanse na Mazovii są… nieco płynne.
Końcówka już bez przygód, choć jestem tak zmęczona, że się trochę wlokę. Druga pętla zdecydowanie wolniejsza, trochę mnie to martwi bo nie będzie 3:30, raczej bliżej 4:00 – jak pierwotnie sądziłam.
Gdy widzę oznaczenie 5 km do mety, na liczniku mam około 60 km. Hę? Zaraz potem 3 km, 2 km… Hę?
Końcówka ciężka, na ostatniej prostej wmordewind. Próbuję utrzymać 30 km/h. Ktoś mnie dopinguje.
Gdy wjeżdżam na metę po 3:28 licznik pokazuje 64,5 km. Znowu organizatorzy zjedli parę kilometrów.
Nikt mnie nie wita, bo Marek z Krzyśkiem pewnie zakładali 4h :(
Chwilę stoję i wyrzucam z siebie powietrze. Izotonika w paśniku zbrakło :( więc wypijam chyba z 6 kubeczków wody. Na metę dojeżdża biker, któremu pożyczyłam klucz, oddaje mi klucz, zamieniamy kilka słów.
Dzwonię do Marka, i zaraz Marek z Krzyśkiem się pojawiają. Krzysiek już dawno z Mega (02:29:15), przebrany, rower umyty.
Kręcimy się jeszcze chwilę. Marek z Krzyśkiem myją mi rower :D Oglądamy dekorację kobiet Giga, gadamy chwilę z Tomkiem (Mega 02:00:03) i zbieramy się.
Psia kupa, niestety, trzyma się dobrze.
Łapiemy jeszcze jedną, na oponie roweru, wracając do auta. Co za gówniany dzień :)
Miejsce Giga K Open: 6/8 , Kat: 3/3. Ale – przyjechałam tylko pół godziny po najlepszej! :) :)
Czas: 03:28:41
I awans do 3 sektora :D
kadencja 79/115
KOW: 8
obciążenie: 8 x 148 = 1184
jaki piękny dzionek!
Piątek, 24 września 2010 Kategoria dojazdy, ze zdjęciami
| Km: | 22.44 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 01:10 | km/h: | 19.23 |
| Pr. maks.: | 48.30 | Temperatura: | °C | HRmax: | 161161 ( 92%) | HRavg | 134( 77%) |
| Kalorie: | 923kcal | Podjazdy: | 327m | Sprzęt: Scott Scale 70 | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Jaki piękny dzionek! Aż jak nie ja, zatrzymałam się na Polach Mokotowskich, jadąc do pracy. Żeby pokontemplować promienie słoneczne przenikające przez liście i rześkość powietrza :)

idę przed siebie przed siebie to tam
w innym kierunku niż wybrałbym sam
nawet w przeciwnym lecz idę więc chcę
niestety nie wiem skąd ani gdzie
idę przed siebie ze śladów mych stóp
sądzę że to właśnie może być ruch
ślady są za mną i moje a tak
że miedzy śladami śladów jest brak
idę wraz ze mną porusza się cień
on też określa tu noc albo dzień
miast w pojedynkę idziemy we dwóch
i nie dowiodę że to nie mój duch
idę idziemy dążymy więc do
ruch by się odbył potrzebne jest tło
a tym jest to czym nie ja i mój cień
chociaż my również możemy być tłem
idę idziemy lecz coś jest nie tak
bliżej przed nami czy prędzej już za
punkt odniesienia współrzędna czy oś
trudno powiedzieć bo trudno jest dojść
idę by dotrzeć wręcz idę by iść
czynność jest skutkiem przyczyną jest myśl
jak idę tak przecież nie iść bym mógł
koniec na końcu są ślady mych stóp


Ale piękność tego dnia została zakłócona... potwornym skrzypieniem napędu. Nie wiem co mi skrzypi i gdzie dokładnie. Podjechałam po południu do serwisu, ale oczywiście "syndrom denstysty" - napęd podczas testowania przez serwisanta nie skrzypiał :)
No cóż, będę musiała zaczekać do przeglądu posezonowego - bo przecież nie pozbawię się roweru na 2 dni z tego powodu.
Poza tym zawlokłam (w sensie dosłownym, bo przednie koło było oddzielnie) do serwisu odzyskany rower. Diagnoza wstępna: 270 zł na doprowadzenie do stanu używalności. Da się przeżyć. Poza gruntownym czyszczeniem i regulacją tylko wymiana łańcucha, nic strasznego.
kadencja: 82/121
KOW: 3
obciążenie: 3x70 = 210

idę przed siebie przed siebie to tam
w innym kierunku niż wybrałbym sam
nawet w przeciwnym lecz idę więc chcę
niestety nie wiem skąd ani gdzie
idę przed siebie ze śladów mych stóp
sądzę że to właśnie może być ruch
ślady są za mną i moje a tak
że miedzy śladami śladów jest brak
idę wraz ze mną porusza się cień
on też określa tu noc albo dzień
miast w pojedynkę idziemy we dwóch
i nie dowiodę że to nie mój duch
idę idziemy dążymy więc do
ruch by się odbył potrzebne jest tło
a tym jest to czym nie ja i mój cień
chociaż my również możemy być tłem
idę idziemy lecz coś jest nie tak
bliżej przed nami czy prędzej już za
punkt odniesienia współrzędna czy oś
trudno powiedzieć bo trudno jest dojść
idę by dotrzeć wręcz idę by iść
czynność jest skutkiem przyczyną jest myśl
jak idę tak przecież nie iść bym mógł
koniec na końcu są ślady mych stóp


Ale piękność tego dnia została zakłócona... potwornym skrzypieniem napędu. Nie wiem co mi skrzypi i gdzie dokładnie. Podjechałam po południu do serwisu, ale oczywiście "syndrom denstysty" - napęd podczas testowania przez serwisanta nie skrzypiał :)
No cóż, będę musiała zaczekać do przeglądu posezonowego - bo przecież nie pozbawię się roweru na 2 dni z tego powodu.
Poza tym zawlokłam (w sensie dosłownym, bo przednie koło było oddzielnie) do serwisu odzyskany rower. Diagnoza wstępna: 270 zł na doprowadzenie do stanu używalności. Da się przeżyć. Poza gruntownym czyszczeniem i regulacją tylko wymiana łańcucha, nic strasznego.
kadencja: 82/121
KOW: 3
obciążenie: 3x70 = 210
niemoc
Czwartek, 23 września 2010 Kategoria dojazdy, ze zdjęciami
| Km: | 27.03 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 01:29 | km/h: | 18.22 |
| Pr. maks.: | 45.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | 154154 ( 88%) | HRavg | 127( 72%) |
| Kalorie: | 1172kcal | Podjazdy: | 402m | Sprzęt: Scott Scale 70 | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Rano wmordewind, po południu wmordewind. Nogi nie chciały kręcić. Zmusiłam się, żeby pojechać przez Wilanów (może niepotrzebnie?). W dodatku tylny hamulec mi ociera i coś piszczy w supporcie (mycie i smarowanie nie pomogło). Zły dzień :)
Miałam dzisiaj też biegać, ale kompletnie mi się nie chciało.
Wieczorem odebrałam z policji rower, skradziony w 2007 roku

Odnalazł się, ponieważ policjanci capnęli pijanego gościa, który postanowił wrócić do domu rowerem, stojącym od dwóch lat (ktoś go tam zostawił i tak stał) w stojaczku przy jego miejscu pracy. Gość jechał ostrym zygzakiem i dlatego się dał capnąć :)
Rower jest w zaskakująco dobrym stanie. Oczywiście łańcuch zardzewiały, że hej, ale nie ma zbytnio żadnych dodatkowych uszkodzeń.
Ale żeby nie było zbyt pięknie, to z mojej głupoty już ma dodatkowe uszkodzenia :) Otóż, wsadziliśmy rower do auta, odkręcając przednie koło. Koła zapomnieliśmy z parkingu. Wróciliśmy się po nie prawie spod domu, ale okazało się, że ktoś (może nawet my, wyjeżdżając) na nie najechał i szybkozamykacz się złamał (wygląda na to, że o dziwo - tylko szybkozamykacz, koło wygląda na niepogięte). A zatem, nawet nie mogę sprawdzić czy napęd sprawdnie pracuje, bo koła nie da się założyć...
Nic, może dzisiaj zawlokę go na myjnię i dam do serwisu do diagnozy. Jeśli wyleczenie rowerka nie będzie zbyt drogie to zrobię z niego zimówkę.
kadencja 84/113
KOW: 3
obciążenie: 3x89 = 267
Miałam dzisiaj też biegać, ale kompletnie mi się nie chciało.
Wieczorem odebrałam z policji rower, skradziony w 2007 roku

Odnalazł się, ponieważ policjanci capnęli pijanego gościa, który postanowił wrócić do domu rowerem, stojącym od dwóch lat (ktoś go tam zostawił i tak stał) w stojaczku przy jego miejscu pracy. Gość jechał ostrym zygzakiem i dlatego się dał capnąć :)
Rower jest w zaskakująco dobrym stanie. Oczywiście łańcuch zardzewiały, że hej, ale nie ma zbytnio żadnych dodatkowych uszkodzeń.
Ale żeby nie było zbyt pięknie, to z mojej głupoty już ma dodatkowe uszkodzenia :) Otóż, wsadziliśmy rower do auta, odkręcając przednie koło. Koła zapomnieliśmy z parkingu. Wróciliśmy się po nie prawie spod domu, ale okazało się, że ktoś (może nawet my, wyjeżdżając) na nie najechał i szybkozamykacz się złamał (wygląda na to, że o dziwo - tylko szybkozamykacz, koło wygląda na niepogięte). A zatem, nawet nie mogę sprawdzić czy napęd sprawdnie pracuje, bo koła nie da się założyć...
Nic, może dzisiaj zawlokę go na myjnię i dam do serwisu do diagnozy. Jeśli wyleczenie rowerka nie będzie zbyt drogie to zrobię z niego zimówkę.
kadencja 84/113
KOW: 3
obciążenie: 3x89 = 267
dzień bez samochodu + demostracja budżetówki = przymusowy lajcik
Środa, 22 września 2010 Kategoria dojazdy
| Km: | 27.09 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 01:25 | km/h: | 19.12 |
| Pr. maks.: | 47.60 | Temperatura: | °C | HRmax: | 162162 ( 93%) | HRavg | 129( 74%) |
| Kalorie: | 1170kcal | Podjazdy: | 284m | Sprzęt: Scott Scale 70 | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Dzisiaj dzień bez samochodu. Taaa... najlepiej to było widać na Marszałkowskiej i Żurawiej - dawno takiego KORA nie widziałam! Ciężko było przejechać pomiędzy tymi wszystkimi autami.
Ale prawdopodobnie został spowodowany demonstracją budżetówki, która zatamowała całe al. Ujazdowskie. Nawet rowerem się nie dało przejechać. Całe szczęście, że zostawili kawałek trawnika, to chociaż tamtędy się przemknęłam :)
A wieczorkiem mycie rowerka bo już nie mogłam na niego patrzeć, taki był zasyfiały :)
kadencja 82/120
KOW: 2
obciążenie 2x85= 170
Ale prawdopodobnie został spowodowany demonstracją budżetówki, która zatamowała całe al. Ujazdowskie. Nawet rowerem się nie dało przejechać. Całe szczęście, że zostawili kawałek trawnika, to chociaż tamtędy się przemknęłam :)
A wieczorkiem mycie rowerka bo już nie mogłam na niego patrzeć, taki był zasyfiały :)
kadencja 82/120
KOW: 2
obciążenie 2x85= 170







