pompujemy
Środa, 14 września 2011 Kategoria trening, trening siłowy
| Km: | 0.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 00:20 | km/h: | 0.00 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| Kalorie: | kcal | Podjazdy: | m | Aktywność: Jazda na rowerze | |||
16 + 21 + 15 + 15 + 27
ziuuuu! po raz drugi :)
Środa, 14 września 2011 Kategoria bieganie, trening
| Km: | 0.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 00:53 | km/h: | 0.00 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| Kalorie: | kcal | Podjazdy: | m | Aktywność: Jazda na rowerze | |||
Nie chciało mi się iść biegać. Spać mi się chciało. Ale zmusiłam się i poszłam.
I dobrze bo biegało mi się dziś równie dobrze jak jeździło na rowerze wcześniej.
ok. 4 km biegu
rozciąganie
rytmy 10x 100m x 100m
ok. 1,3 km rozbieganie
w sumie 7,5 kilometra
Jest nieźle, ze zdumieniem stwierdziłam, że średnie tętno z dzisiejszego biegania to jedynie 148 bpm. To jest naprawdę postęp, bo zwykle moje średnie tętna z biegania wynoszą grubo powyżej 150, a nawet blisko 160.
Max tętno Garmin zarejestrował 196 ale to chyba jakaś bzdura :)
KOW: 4 (212)
I dobrze bo biegało mi się dziś równie dobrze jak jeździło na rowerze wcześniej.
ok. 4 km biegu
rozciąganie
rytmy 10x 100m x 100m
ok. 1,3 km rozbieganie
w sumie 7,5 kilometra
Jest nieźle, ze zdumieniem stwierdziłam, że średnie tętno z dzisiejszego biegania to jedynie 148 bpm. To jest naprawdę postęp, bo zwykle moje średnie tętna z biegania wynoszą grubo powyżej 150, a nawet blisko 160.
Max tętno Garmin zarejestrował 196 ale to chyba jakaś bzdura :)
KOW: 4 (212)
ziuuu!
Środa, 14 września 2011 Kategoria dojazdy
| Km: | 31.42 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 01:31 | km/h: | 20.72 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | 156156 ( 86%) | HRavg | 123( 68%) |
| Kalorie: | kcal | Podjazdy: | m | Sprzęt: Scott Scale 70 | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Ależ mi się dzisiaj fantastycznie jechało. W obie strony. Rano wiatr mnie popychał a po południu nie przeszkadzał zbytnio. Dopiero od Kabat zaczął nieco spowalniać ale bez dramatu.
dlaczego wszystkie przypadłości dopadają mnie przed WKK?
Wtorek, 13 września 2011 Kategoria dojazdy
| Km: | 19.50 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 01:00 | km/h: | 19.50 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | 149149 ( 82%) | HRavg | 119( 66%) |
| Kalorie: | kcal | Podjazdy: | m | Sprzęt: Scott Scale 70 | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Z powodu niedzielnego obtarcia skróciłam dzisiaj rower do minimum. Odpuściłam WKK, również ze względu na bolące od wczoraj plecy.
To już któryś raz odpuszczam WKK ze względu na różne "bolączki". Jakoś zawsze mnie dopada po maratonie i we wtorek najbardziej dokucza. No cóż, jeszcze tylko jeden maraton przede mną w tym sezonie a WKK będzie niedługo przeniesione na niedzielę więc pewnie problem zniknie... aż do przyszłego sezonu ;)
Po pracy podjechałam do Plusa. W planie był zakup stojaka serwisowego ale skończyło się na regulacji przerzutek przez Darka.
To już któryś raz odpuszczam WKK ze względu na różne "bolączki". Jakoś zawsze mnie dopada po maratonie i we wtorek najbardziej dokucza. No cóż, jeszcze tylko jeden maraton przede mną w tym sezonie a WKK będzie niedługo przeniesione na niedzielę więc pewnie problem zniknie... aż do przyszłego sezonu ;)
Po pracy podjechałam do Plusa. W planie był zakup stojaka serwisowego ale skończyło się na regulacji przerzutek przez Darka.
jak pech to pech
Poniedziałek, 12 września 2011 Kategoria dojazdy
| Km: | 31.65 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 01:38 | km/h: | 19.38 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | 138138 ( 76%) | HRavg | 115( 63%) |
| Kalorie: | kcal | Podjazdy: | m | Sprzęt: Scott Scale 70 | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Co za dzień.
Zaczęło się od tego, że zapomniałam torebki podsiodłowej (która akurat była mi potrzebna bo zamierzałam podoliwić napęd po południu, poza tym była na niej przyczepiona lampka). Musiałam wrócić się spod bloku do domu po nią.
Potem, w trakcie jazdy do pracy okazało się, że w niedzielę sobie obtarłam to i owo i bardzo nieprzyjemnie siedzi na siodełku.
W garażu pod pracą zapomniałam przypiąć roweru i musiałam się wrócić, żeby go przypiąć.
Potem babskie sprawy mnie dopadły.
Potem odbiłam sobie niechcący pieczątkę na białej bluzce (przytulając do siebie teczkę ze świeżo przybitą pieczątką). Na szczęście się sprało a ja miałam zapasową bluzkę w pracy więc nie musiałam siedzieć w mokrej.
Po południu okazało się, że smar się skończył i nie mam jak naoliwić napędu.
Przy powrocie obtarte to i owo bolało mnie już tak, że głupotą było pojechanie przez Wilanów, ale nie bardzo miałam już gdzie odbić na skrót do domu, więc część drogi spędziłam pedałując na stojąco (przy okazji trening taki, niezamierzony...), poza tym źle się poczułam z powodu babskich spraw.
W domu zaś coś mi strzeliło w plecach po tym jak przez cały dzień siedziałam w przeciągu w pracy i ledwo mogłam się ruszać wieczorem.
Z optymistycznych rzeczy to to, że na pewno będę trzecia w generalce w kategorii :)
No i poranny przypadek, po którym jechałam szczerząc się od ucha przez dłuższą chwilę, bo widziałam taką scenkę:
Dojeżdżam do świateł, jest czerwone, stoi kilka samochodów na trzech pasach, na moim stoi mały dostawczak-blaszak. Wymija mnie gość na skuterku, dojeżdża do dostawczaka. Jak już jest blisko, podejmuje chyba decyzję, że przeciśnie się pomiędzy autami do przodu. Skręca kierownicę w lewo, jednak najwyraźniej myli gaz z hamulcem... i nagle przyspiesza i z impetem wjeżdża w kufer dostawczaka. Ze skuterka odpada przedni błotnik zaś z dostawczaka natychmiast wyskakuje wielki koleś i szybkim krokiem idzie do gościa na skuterku.
Postanowiłam nie czekać na rozwój wypadków bo jeszcze by mnie wzięli na świadka ;) Uciekłam na sąsiedni pas i schowałam się za innym autem.
Jak widać, nie tylko ja miałam dzisiaj zły dzień :D
Zaczęło się od tego, że zapomniałam torebki podsiodłowej (która akurat była mi potrzebna bo zamierzałam podoliwić napęd po południu, poza tym była na niej przyczepiona lampka). Musiałam wrócić się spod bloku do domu po nią.
Potem, w trakcie jazdy do pracy okazało się, że w niedzielę sobie obtarłam to i owo i bardzo nieprzyjemnie siedzi na siodełku.
W garażu pod pracą zapomniałam przypiąć roweru i musiałam się wrócić, żeby go przypiąć.
Potem babskie sprawy mnie dopadły.
Potem odbiłam sobie niechcący pieczątkę na białej bluzce (przytulając do siebie teczkę ze świeżo przybitą pieczątką). Na szczęście się sprało a ja miałam zapasową bluzkę w pracy więc nie musiałam siedzieć w mokrej.
Po południu okazało się, że smar się skończył i nie mam jak naoliwić napędu.
Przy powrocie obtarte to i owo bolało mnie już tak, że głupotą było pojechanie przez Wilanów, ale nie bardzo miałam już gdzie odbić na skrót do domu, więc część drogi spędziłam pedałując na stojąco (przy okazji trening taki, niezamierzony...), poza tym źle się poczułam z powodu babskich spraw.
W domu zaś coś mi strzeliło w plecach po tym jak przez cały dzień siedziałam w przeciągu w pracy i ledwo mogłam się ruszać wieczorem.
Z optymistycznych rzeczy to to, że na pewno będę trzecia w generalce w kategorii :)
No i poranny przypadek, po którym jechałam szczerząc się od ucha przez dłuższą chwilę, bo widziałam taką scenkę:
Dojeżdżam do świateł, jest czerwone, stoi kilka samochodów na trzech pasach, na moim stoi mały dostawczak-blaszak. Wymija mnie gość na skuterku, dojeżdża do dostawczaka. Jak już jest blisko, podejmuje chyba decyzję, że przeciśnie się pomiędzy autami do przodu. Skręca kierownicę w lewo, jednak najwyraźniej myli gaz z hamulcem... i nagle przyspiesza i z impetem wjeżdża w kufer dostawczaka. Ze skuterka odpada przedni błotnik zaś z dostawczaka natychmiast wyskakuje wielki koleś i szybkim krokiem idzie do gościa na skuterku.
Postanowiłam nie czekać na rozwój wypadków bo jeszcze by mnie wzięli na świadka ;) Uciekłam na sąsiedni pas i schowałam się za innym autem.
Jak widać, nie tylko ja miałam dzisiaj zły dzień :D
Mazovia MTB Marathon Nowy Dwór Mazowiecki - wszyscy mnie wyprzedzili
Niedziela, 11 września 2011 Kategoria wyścigi, ze zdjęciami
| Km: | 46.06 | Km teren: | 46.06 | Czas: | 02:15 | km/h: | 20.47 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | 176176 ( 97%) | HRavg | 164( 91%) |
| Kalorie: | kcal | Podjazdy: | m | Sprzęt: Scott Scale 70 | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
W zasadzie to mogłam dzisiaj wcale nie jechać. No bo mój wynik z dzisiaj nie wpłynie w żaden sposób na moje miejsce w generalce. Ale chciałam odebrać bonusa z kuponów za starty i spróbować powalczyć o 4 sektor (chociaż na to akurat miałam małe szanse, but "it's worth a try"...). No więc jadę.
Zapowiada się niezły upał, chociaż zeszły tydzień był chłodny. Akurat dzisiaj musiało wrócić lato. Nie mogło poczekać do jutra? No dobra, już nie marudzę, wolę upał niż pogodę jak w Sierpcu.
Startuję z piątki. Oprócz Eli w sektorze nie widzę nikogo znajomego. Krzysiek i Tomek jadą z szóstki, gdzieś dalej jeszcze jest Olaf. Mija mnie Arek, który idzie chyba do czwórki.
Dzisiaj uważam, żeby nie wleźć w nic, jak to zrobiłam w zeszłym roku.
Jest bardzo tłoczno - wytęż wzrok

Może jednak trzeba było w coś wleźć bo od samego startu jedzie mi się okropnie. Nie mogę się rozpędzić, chociaż trasa jest płaska i szeroka. W dodatku wyraźnie odbija się moja niechęć do objechania chociaż kawałka trasy przed maratonem. W jednym miejscu wiele osób wybiera objechanie straszliwej łachy piachu górą wału. Ja grzęznę i duża część sektora mi odjeżdża. Gdybym się kawałek przejechała trasą, wiedziałabym, że trzeba górą. Staram się potem nadrobić ale strata jest duża.
Nadal jest bardzo tłoczno ;) - wytęż wzrok

Zresztą w ogóle to mam wrażenie, że cały mój sektor jest dzisiaj jakiś dupowaty. Wąsko, snują się. Piach, snują się. Kałuże, snują się. Blokują. Ciężko takie coś objechać. Jest jedno miejsce, gdzie się trochę przerzedza - krótki ale dość stromy i kręty podjazd. Tu dużo osób schodzi z roweru, ja wpedałowuję na górę odzyskując kilka miejsc. Zresztą na tego typu podjazdach, o ile ktoś mnie nie zblokuje, jestem wyraźnie lepsza od innych i zawsze wyprzedzam.
Szkoda, że nie załapałam się tu na zdjęcie jak podjeżdżam :)

Korzystam też w miejscach, gdzie wszyscy jadą rządkiem jedną wyjeżdżoną dróżką. Jadą rządkiem, chociaż jest na tyle szeroko, że spokojnie da się wyprzedzać, jadąc mniej wyraźną dróżką obok. Wyprzedzam w ten sposób kilkanaście osób, zjeżdżając do "rządka" tylko w miejscach, gdzie są błotniste kałuże a pośrodku grobelka. Zresztą też nie wszędzie w ogóle zawracam sobie głowę, żeby jechać tą grobelką.
Raz robię sobie niespodziankę bo kałuża, wyglądająca na niegroźną, okazuje się na tyle głęboka, że koło zanurza się po ośkę prawie. Jednak przejeżdżam przez nią ochlapując solidnie sąsiada. Zresztą kałużami generalnie się nie przejmuję więc jestem ubłocona niemiłosiernie.
No więc mam "momenty". Ale generalnie jedzie mi się fatalnie. Wyprzedza mnie o wiele więcej osób, niż ja wyprzedzam. Łącznie z tym, że wyprzedza mnie najpierw Tomek a potem Krzysiek (czyli szósty sektor). Obaj znikają mi z oczu w jakimś masakrycznym tempie, nawet nie próbuję ich dogonić.
Ze dwa albo trzy razy spada mi łańcuch przy redukcji na młynek. Chyba muszę przestać korzystać z młynka ;)
Dwa obrzydliwie piaszczyste podjazdy, na jednym znów, jak w Szeligach, zacina mi się korba i muszę się zatrzymać i dokończyć z buta. Drugi, ze zmęczenia, też z buta. Na szczycie obu łapię jakąś hiperwentylację straszliwą i muszę skorzystać z inhalatora. Pech, inhalator się akurat skończył. Zdecydowanie mam zły dzień. Staram się uspokoić oddech i nie zipać bo się zazipię na śmierć. Po chwili mogę jechać dalej.
Fachowo pozbywam się zużytych tubek po żelach w strefie bufetu, ale facet za mną chyba się przeżegnał na ten widok :D

Podupadam na duchu, ale wmawiam sobie, że nie szkodzi bo i tak wynik w tych zawodach nie ma już większego znaczenia do generalki (co najwyżej ma znaczenie dla mojego samopoczucia). Postanawiam chwilę odpocząć i pozwalam sobie na luz przez jakiś czas.
Na rozjeździe

Siły wracają mi dopiero na ostatnie 10 kilometrów, gdzie zaczynam już gnać jak szalona. Na najbardziej upiardliwym kawałku w postaci błotnistej łąki i potem na singlu prowadzącym aż do mety, wyprzedzam wszystkich - jak się potem okazuje - łącznie z Tomkiem.
Samotnie do mety

Wreszcie wyjeżdżam z lasu, kawałek łąki, zakręt i nagle - meta. Meta kompletnie mnie zaskoczyła, wyskoczyła na mnie z lasu jak Filip z konopii :)
Stoję przez dłuższą chwilę, odpoczywam. Gdy ruszam w stronę miasteczka maratonowego, dogania mnie Tomek, który wjechał na metę tuż po mnie. Sądziłam, że będzie miał ode mnie lepszy czas, bo startował z dalszego sektora, ale nie - wyprzedziłam go o ponad minutę. Wyprzedziłam też Dorotę, o 2 minuty. Za to Krzysiek władował mi aż 4,5 minuty. Musiał mieć dzisiaj naprawdę niezłą nogę.
Pod bufetem do mnie zdychającej na trawie przysiada się Damian. Jakoś podświadomie spodziewałam się go tutaj. Blisko ma z domu ;)
Gawędzimy przez chwilę, informuje mnie, że widział Renatę. No cóż, to raczej niweczy moje szanse na 3 miejsce w generalce bo został jej jeden maraton do przejechania, żeby wskoczyła przede mnie w klasyfikacji.
Damian, dla odmiany ode mnie, pojechał świetnie - 10 miejsce w kategorii i 27 w open. Rewelacja. W dodatku wczoraj jechał Giga w Międzygórzu więc jego dzisiejsza jazda to w ogóle jest wyczyn.
46 km (wg orga 45 km), czas 02:15:17
miejsce k3 4/10, open 13/37
Nie wiem, jakim cudem jestem czwarta, jechałam jak ostatnia dupa wołowa, ale najwyraźniej wszystkie oprócz trzech pierwszych jechały jak ostatnie dupy wołowe ;)
Zresztą wyniki są ciekawe - pierwsze dwie wjechały na metę w odstępie kilkunastu sekund, trzecia po około 4 minutach później. Potem było długo długo nic (9 minut) i ja a potem Dorota.
Do zmiany sektora zabrakło mi sporo, 8 punktów. Ale nic, jeszcze jest Toruń ;) Spaść już nie spadnę na pewno.
Sprawdzam w domu, JEEEESS Renata jednak nie jechała, chyba była tylko towarzysko :) Więc trzecie miejsce w generalce mam już zapewnione.
kadencja 77/124
KOW: 9 (1215)
Zapowiada się niezły upał, chociaż zeszły tydzień był chłodny. Akurat dzisiaj musiało wrócić lato. Nie mogło poczekać do jutra? No dobra, już nie marudzę, wolę upał niż pogodę jak w Sierpcu.
Startuję z piątki. Oprócz Eli w sektorze nie widzę nikogo znajomego. Krzysiek i Tomek jadą z szóstki, gdzieś dalej jeszcze jest Olaf. Mija mnie Arek, który idzie chyba do czwórki.
Dzisiaj uważam, żeby nie wleźć w nic, jak to zrobiłam w zeszłym roku.
Jest bardzo tłoczno - wytęż wzrok

Może jednak trzeba było w coś wleźć bo od samego startu jedzie mi się okropnie. Nie mogę się rozpędzić, chociaż trasa jest płaska i szeroka. W dodatku wyraźnie odbija się moja niechęć do objechania chociaż kawałka trasy przed maratonem. W jednym miejscu wiele osób wybiera objechanie straszliwej łachy piachu górą wału. Ja grzęznę i duża część sektora mi odjeżdża. Gdybym się kawałek przejechała trasą, wiedziałabym, że trzeba górą. Staram się potem nadrobić ale strata jest duża.
Nadal jest bardzo tłoczno ;) - wytęż wzrok

Zresztą w ogóle to mam wrażenie, że cały mój sektor jest dzisiaj jakiś dupowaty. Wąsko, snują się. Piach, snują się. Kałuże, snują się. Blokują. Ciężko takie coś objechać. Jest jedno miejsce, gdzie się trochę przerzedza - krótki ale dość stromy i kręty podjazd. Tu dużo osób schodzi z roweru, ja wpedałowuję na górę odzyskując kilka miejsc. Zresztą na tego typu podjazdach, o ile ktoś mnie nie zblokuje, jestem wyraźnie lepsza od innych i zawsze wyprzedzam.
Szkoda, że nie załapałam się tu na zdjęcie jak podjeżdżam :)

Korzystam też w miejscach, gdzie wszyscy jadą rządkiem jedną wyjeżdżoną dróżką. Jadą rządkiem, chociaż jest na tyle szeroko, że spokojnie da się wyprzedzać, jadąc mniej wyraźną dróżką obok. Wyprzedzam w ten sposób kilkanaście osób, zjeżdżając do "rządka" tylko w miejscach, gdzie są błotniste kałuże a pośrodku grobelka. Zresztą też nie wszędzie w ogóle zawracam sobie głowę, żeby jechać tą grobelką.
Raz robię sobie niespodziankę bo kałuża, wyglądająca na niegroźną, okazuje się na tyle głęboka, że koło zanurza się po ośkę prawie. Jednak przejeżdżam przez nią ochlapując solidnie sąsiada. Zresztą kałużami generalnie się nie przejmuję więc jestem ubłocona niemiłosiernie.
No więc mam "momenty". Ale generalnie jedzie mi się fatalnie. Wyprzedza mnie o wiele więcej osób, niż ja wyprzedzam. Łącznie z tym, że wyprzedza mnie najpierw Tomek a potem Krzysiek (czyli szósty sektor). Obaj znikają mi z oczu w jakimś masakrycznym tempie, nawet nie próbuję ich dogonić.
Ze dwa albo trzy razy spada mi łańcuch przy redukcji na młynek. Chyba muszę przestać korzystać z młynka ;)
Dwa obrzydliwie piaszczyste podjazdy, na jednym znów, jak w Szeligach, zacina mi się korba i muszę się zatrzymać i dokończyć z buta. Drugi, ze zmęczenia, też z buta. Na szczycie obu łapię jakąś hiperwentylację straszliwą i muszę skorzystać z inhalatora. Pech, inhalator się akurat skończył. Zdecydowanie mam zły dzień. Staram się uspokoić oddech i nie zipać bo się zazipię na śmierć. Po chwili mogę jechać dalej.
Fachowo pozbywam się zużytych tubek po żelach w strefie bufetu, ale facet za mną chyba się przeżegnał na ten widok :D

Podupadam na duchu, ale wmawiam sobie, że nie szkodzi bo i tak wynik w tych zawodach nie ma już większego znaczenia do generalki (co najwyżej ma znaczenie dla mojego samopoczucia). Postanawiam chwilę odpocząć i pozwalam sobie na luz przez jakiś czas.
Na rozjeździe

Siły wracają mi dopiero na ostatnie 10 kilometrów, gdzie zaczynam już gnać jak szalona. Na najbardziej upiardliwym kawałku w postaci błotnistej łąki i potem na singlu prowadzącym aż do mety, wyprzedzam wszystkich - jak się potem okazuje - łącznie z Tomkiem.
Samotnie do mety

Wreszcie wyjeżdżam z lasu, kawałek łąki, zakręt i nagle - meta. Meta kompletnie mnie zaskoczyła, wyskoczyła na mnie z lasu jak Filip z konopii :)
Stoję przez dłuższą chwilę, odpoczywam. Gdy ruszam w stronę miasteczka maratonowego, dogania mnie Tomek, który wjechał na metę tuż po mnie. Sądziłam, że będzie miał ode mnie lepszy czas, bo startował z dalszego sektora, ale nie - wyprzedziłam go o ponad minutę. Wyprzedziłam też Dorotę, o 2 minuty. Za to Krzysiek władował mi aż 4,5 minuty. Musiał mieć dzisiaj naprawdę niezłą nogę.
Pod bufetem do mnie zdychającej na trawie przysiada się Damian. Jakoś podświadomie spodziewałam się go tutaj. Blisko ma z domu ;)
Gawędzimy przez chwilę, informuje mnie, że widział Renatę. No cóż, to raczej niweczy moje szanse na 3 miejsce w generalce bo został jej jeden maraton do przejechania, żeby wskoczyła przede mnie w klasyfikacji.
Damian, dla odmiany ode mnie, pojechał świetnie - 10 miejsce w kategorii i 27 w open. Rewelacja. W dodatku wczoraj jechał Giga w Międzygórzu więc jego dzisiejsza jazda to w ogóle jest wyczyn.
46 km (wg orga 45 km), czas 02:15:17
miejsce k3 4/10, open 13/37
Nie wiem, jakim cudem jestem czwarta, jechałam jak ostatnia dupa wołowa, ale najwyraźniej wszystkie oprócz trzech pierwszych jechały jak ostatnie dupy wołowe ;)
Zresztą wyniki są ciekawe - pierwsze dwie wjechały na metę w odstępie kilkunastu sekund, trzecia po około 4 minutach później. Potem było długo długo nic (9 minut) i ja a potem Dorota.
Do zmiany sektora zabrakło mi sporo, 8 punktów. Ale nic, jeszcze jest Toruń ;) Spaść już nie spadnę na pewno.
Sprawdzam w domu, JEEEESS Renata jednak nie jechała, chyba była tylko towarzysko :) Więc trzecie miejsce w generalce mam już zapewnione.
kadencja 77/124
KOW: 9 (1215)
pompujemy
Sobota, 10 września 2011 Kategoria trening, trening siłowy
| Km: | 0.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 00:20 | km/h: | 0.00 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| Kalorie: | kcal | Podjazdy: | m | Sprzęt: Scott Scale 70 | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
14 + 18 + 15 + 15 + 26
coś mi się chyba pokręciło, musiałam zmiksować dwa dni bo jak teraz patrzę to zrobiłam nieprawidłową ilość pompek w 3-4 serii
coś mi się chyba pokręciło, musiałam zmiksować dwa dni bo jak teraz patrzę to zrobiłam nieprawidłową ilość pompek w 3-4 serii
potwórzenia po Lasku
Piątek, 9 września 2011 Kategoria dojazdy, trening
| Km: | 32.55 | Km teren: | 10.00 | Czas: | 01:31 | km/h: | 21.46 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | 162162 ( 90%) | HRavg | 125( 69%) |
| Kalorie: | kcal | Podjazdy: | m | Sprzęt: Scott Scale 70 | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Takie dziwne interwały. 6 min x 2 min x 3. Niby nic, ale strasznie ciężko mi się je robiło.
kadencja 78/110
KOW: 5 (455)
kadencja 78/110
KOW: 5 (455)
poranne dumania o kapuście
Piątek, 9 września 2011 Kategoria dojazdy
| Km: | 9.28 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 00:30 | km/h: | 18.56 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | 147147 ( 81%) | HRavg | 123( 68%) |
| Kalorie: | kcal | Podjazdy: | m | Sprzęt: Scott Scale 70 | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
No dzisiaj to już wrzesień lekko przesadził. Temperatura 10 stopni. BrrrRRR!!! No cóż, wskoczyłam dzisiaj w spodenki 3/4. W dodatku przyjaciel Damiana, Wiatr, usilnie chciał mnie zapędzić do domu. Do domu, do łożeczka, poduszeczki i maskotek :) Chrrr...
Nie dałam się jednak ;)
Siłując się z wiatrem rozmyślałam sobie o fenomenie kapuścianych pól wzdłuż Przyczółkowej.
Otóż, co roku sieją tam kapustę, na całkiem dużych przestrzeniach. I co roku ta kapusta na tych przestrzeniach gnije, śmierdząc niemiłosiernie. Smrodek występuje regularnie na jesieni (jak kapusta gnije) i na wiosnę (jak odmarza i gnije dalej, dopóki nie zasieją nowej). Mam wrażenie, że tej kapusty nikt nie zbiera. Po co więc ją sieją???
Nie dałam się jednak ;)
Siłując się z wiatrem rozmyślałam sobie o fenomenie kapuścianych pól wzdłuż Przyczółkowej.
Otóż, co roku sieją tam kapustę, na całkiem dużych przestrzeniach. I co roku ta kapusta na tych przestrzeniach gnije, śmierdząc niemiłosiernie. Smrodek występuje regularnie na jesieni (jak kapusta gnije) i na wiosnę (jak odmarza i gnije dalej, dopóki nie zasieją nowej). Mam wrażenie, że tej kapusty nikt nie zbiera. Po co więc ją sieją???
pompujemy
Czwartek, 8 września 2011 Kategoria trening siłowy, trening
| Km: | 0.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 00:20 | km/h: | 0.00 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| Kalorie: | kcal | Podjazdy: | m | Sprzęt: Scott Scale 70 | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
12 + 17 + 13 + 13 + 27
Nie jest tak najgorzej po przerwie szybko wracam do normy :) Liczę, że przy kolejnym dniu pompkowym będzie 30 w ostatniej serii
Nie jest tak najgorzej po przerwie szybko wracam do normy :) Liczę, że przy kolejnym dniu pompkowym będzie 30 w ostatniej serii







