nie smarujesz - nie jedziesz
Środa, 20 kwietnia 2011 Kategoria dojazdy, trening
| Km: | 22.08 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 01:18 | km/h: | 16.98 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | 165165 ( 91%) | HRavg | 122( 67%) |
| Kalorie: | 1112kcal | Podjazdy: | m | Sprzęt: Scott Scale 70 | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
15 km w narastającym tempie. Powiedzmy, że się udało... o ile można nazwać udanym rajd z zatrzymywaniem się na światłach, przepuszczaniem aut skręcających w prawo, gdy ja mam zielone, przepuszczaniem HORD wylęgłych na dwór i wygrzewających się, poruszających się niemrawo i leniwie we wreszcie ciepłym słonku
pieszych,
rolkarzy,
rowerzystów niedzielnych i dzielnych,
deskorolkarzy,
hulajnogarzy (?),
mam,
babć,
piesków,
bachorów...
i w ogóle kurna, czego oni wszyscy muszą koniecznie po ścieżce rowerowej!??!?!
No dobra.. w każdym razie te "istotne" ostatnie 5 km faktycznie było w narastającym tempie. Tylko strasznie ciężko mi szło. Nie dość, że wmordewind (kiedy w końcu będzie można przestać pisać o wmordewindzie) to w dodatku rower potwornie skrzypiał (kółko od przerzutki) i jakoś generalnie źle się kręcił.
Po treningu myk do Airbika w celu sfinalizowania transakcji mostka.
Zaczynam mieć straszny mix, rower Scotta, mostek Speca, siodło Gianta...
Przy okazji zahaczyłam Wojtka, żeby zobaczył, czemu tak strasznie mi to kółko skrzypi. Popatrzył, posmarował Finishlinem, nic nie dało. No to wytoczył cięższe działo - Brunox z aplikatorem, napsikał smarem w szczelinkę między kółkiem a ścianką wózka.
Oooooooooo jak dobrze, jak cicho... i rower wreszcie zaczął jechać jak powinien...
kadencja 83/115
KOW: 5
obciążenie: 390
pieszych,
rolkarzy,
rowerzystów niedzielnych i dzielnych,
deskorolkarzy,
hulajnogarzy (?),
mam,
babć,
piesków,
bachorów...
i w ogóle kurna, czego oni wszyscy muszą koniecznie po ścieżce rowerowej!??!?!
No dobra.. w każdym razie te "istotne" ostatnie 5 km faktycznie było w narastającym tempie. Tylko strasznie ciężko mi szło. Nie dość, że wmordewind (kiedy w końcu będzie można przestać pisać o wmordewindzie) to w dodatku rower potwornie skrzypiał (kółko od przerzutki) i jakoś generalnie źle się kręcił.
Po treningu myk do Airbika w celu sfinalizowania transakcji mostka.
Zaczynam mieć straszny mix, rower Scotta, mostek Speca, siodło Gianta...
Przy okazji zahaczyłam Wojtka, żeby zobaczył, czemu tak strasznie mi to kółko skrzypi. Popatrzył, posmarował Finishlinem, nic nie dało. No to wytoczył cięższe działo - Brunox z aplikatorem, napsikał smarem w szczelinkę między kółkiem a ścianką wózka.
Oooooooooo jak dobrze, jak cicho... i rower wreszcie zaczął jechać jak powinien...
kadencja 83/115
KOW: 5
obciążenie: 390
rześko
Środa, 20 kwietnia 2011 Kategoria dojazdy
| Km: | 9.29 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 00:31 | km/h: | 17.98 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | 154154 ( 85%) | HRavg | 126( 70%) |
| Kalorie: | 592kcal | Podjazdy: | m | Sprzęt: Scott Scale 70 | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
No, dzisiaj to już się tak nie rozgogoliłam jak wczoraj. Dłuższe spodenki, nakolanniki, ochraniacze na buty ;)
Wczoraj umyłam i nasmarowałam rower. Skrzypiało górne kółko w przerzutce. Dzisiaj w miarę oddalania się od domu skrzypiało i chrzęściło coraz bardziej. Aaaaaa nienawidzę tego!
Wczoraj umyłam i nasmarowałam rower. Skrzypiało górne kółko w przerzutce. Dzisiaj w miarę oddalania się od domu skrzypiało i chrzęściło coraz bardziej. Aaaaaa nienawidzę tego!
znajdź podjazd w okolicy...
Wtorek, 19 kwietnia 2011 Kategoria dojazdy, trening
| Km: | 26.29 | Km teren: | 9.00 | Czas: | 01:25 | km/h: | 18.56 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | 157157 ( 87%) | HRavg | 123( 68%) |
| Kalorie: | 1335kcal | Podjazdy: | m | Sprzęt: Scott Scale 70 | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Tak, wiem, zerżnęłam bezczelnie tytuł wpisu od Damiana, ale aż się prosiło.
Dzisiaj miałam taki plan na trening:
"rozgrzewka 10 min -10 min szybkiej jazdy z uwzględnieniem zmiany terenu np. co 2 min podjazd 50 metrów------ 10 min jazdy na uspokojenie"
I weź tu znajdź "10 min szybkiej jazdy z uwzględnieniem zmiany terenu..."?!?
No nic, wymyśliłam, że chyba w Kabaty będzie najlepiej, jest jedno takie miejsce z fajnym, nie za długim podjazdem, lekko korzenistym, dla urozmaicenia... ale zanim tam dojechałam to nastukałam już 40 min z okładem ;)
W sumie wyszło około 45 min rozgrzewka, 15 min tego czegoś z podjazdem a potem reszta do domu to wyścigi z jakimś pro-bikerem, który chyba poczuł się urażony tym, że wiozę mu się na plecach i postanowił mi uciec. Uciekł, ale dopiero pod domem bo skręcałam na przejście dla pieszych a on nie ;)
Nawiasem mówiąc, pro-biker chyba miał strasznie niewygodny rower bo w jednym miejscu na światłach trzymał się słupa od świateł i robił straszne wygibasy barkami, wyraźnie go coś bolało :)
kadencja 79/121
KOW: 4
obciążenie: 340
Dzisiaj miałam taki plan na trening:
"rozgrzewka 10 min -10 min szybkiej jazdy z uwzględnieniem zmiany terenu np. co 2 min podjazd 50 metrów------ 10 min jazdy na uspokojenie"
I weź tu znajdź "10 min szybkiej jazdy z uwzględnieniem zmiany terenu..."?!?
No nic, wymyśliłam, że chyba w Kabaty będzie najlepiej, jest jedno takie miejsce z fajnym, nie za długim podjazdem, lekko korzenistym, dla urozmaicenia... ale zanim tam dojechałam to nastukałam już 40 min z okładem ;)
W sumie wyszło około 45 min rozgrzewka, 15 min tego czegoś z podjazdem a potem reszta do domu to wyścigi z jakimś pro-bikerem, który chyba poczuł się urażony tym, że wiozę mu się na plecach i postanowił mi uciec. Uciekł, ale dopiero pod domem bo skręcałam na przejście dla pieszych a on nie ;)
Nawiasem mówiąc, pro-biker chyba miał strasznie niewygodny rower bo w jednym miejscu na światłach trzymał się słupa od świateł i robił straszne wygibasy barkami, wyraźnie go coś bolało :)
kadencja 79/121
KOW: 4
obciążenie: 340
zimnawo trochę ;)
Wtorek, 19 kwietnia 2011 Kategoria dojazdy
| Km: | 9.28 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 00:31 | km/h: | 17.96 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | 146146 ( 81%) | HRavg | 123( 68%) |
| Kalorie: | 625kcal | Podjazdy: | m | Sprzęt: Scott Scale 70 | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Chyba trochę przesadziłam z wyletnieniem się :) +10 stopni i słoneczko to chyba jeszcze nie powód żeby jechać w krótkich gaciach ;) Trochę mi kolana zmarzły.
Znowu dzisiaj wmordewindzik lekki, ale za to do domku będzie lepiej.
Dzisiaj znowu boli mnie bark po środzie. Nie tak mocno co prawda, ale boli. Posmarowałam się maścią. Kurczę, starość nie radość.
Aha no i po raz kolejny próbował mnie staranować kierowca autobusu. Co prawda tym razem chyba nieumyślnie (nie wziął pod uwagę, że jak mnie wyprzedza przegubowcem na zakręcie to tył mu zawęża promień skrętu...). Ale pomna nauczki zapamiętałam: linia 525, nr boczny 8220, Pl. Konstytucji godz. 07:45 mniej więcej.
Przy poprzedniej próbie staranowania mnie przez autobus byłam tak zdenerwowana, że oprócz miejsca i godziny nic nie zapamiętałam. Oczywiście jak napisałam do ZTM w tej sprawie to mnie przeprosili bardzo ale niestety, nie mogli zidentyfikować sprawcy.
Tym razem nie zamierzam pisać do ZTM bo to ewidentnie nie było specjalnie, ale numery zapamiętałam... :)
Znowu dzisiaj wmordewindzik lekki, ale za to do domku będzie lepiej.
Dzisiaj znowu boli mnie bark po środzie. Nie tak mocno co prawda, ale boli. Posmarowałam się maścią. Kurczę, starość nie radość.
Aha no i po raz kolejny próbował mnie staranować kierowca autobusu. Co prawda tym razem chyba nieumyślnie (nie wziął pod uwagę, że jak mnie wyprzedza przegubowcem na zakręcie to tył mu zawęża promień skrętu...). Ale pomna nauczki zapamiętałam: linia 525, nr boczny 8220, Pl. Konstytucji godz. 07:45 mniej więcej.
Przy poprzedniej próbie staranowania mnie przez autobus byłam tak zdenerwowana, że oprócz miejsca i godziny nic nie zapamiętałam. Oczywiście jak napisałam do ZTM w tej sprawie to mnie przeprosili bardzo ale niestety, nie mogli zidentyfikować sprawcy.
Tym razem nie zamierzam pisać do ZTM bo to ewidentnie nie było specjalnie, ale numery zapamiętałam... :)
regeneracja
Poniedziałek, 18 kwietnia 2011 Kategoria dojazdy
| Km: | 20.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 01:16 | km/h: | 15.79 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | 146146 ( 81%) | HRavg | 118( 65%) |
| Kalorie: | 1353kcal | Podjazdy: | m | Sprzęt: Scott Scale 70 | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Odpoczynek po wczorajszej Mazovii. Nosiło mnie dzisiaj strasznie, miałam takie uczucie jakbym mogła przejechać drugi raz ten maraton. Jakiś nadmiar energii czy może tylko jeszcze emocje?
Fantastyczna pogoda się zrobiła. Rano co prawda jeszcze chłodno ale po południu już można było jechać w krótkich ciuchach.
A przez cały dzień kotłuje mi się w głowie, tak jak napisałam wczoraj w komentarzu.
"Co by było jakbym się nie zatrzymała na fotkę, a co by było jakby mi łańcuch 3 razy nie spadł, a co by było jakbym troszeczkę bardziej przycisnęła... aaaaajjj za dużo tych co by było gdyby. Od tego właśnie jest wyścig, czas i miejsce w klasyfikacji nie zależy tylko od tego czy ma się forme, siłę, technikę, ale także od kalkulacji, szacowania sił oraz od tego, czy się wie kto startuje i jak jest dobry!"
No właśnie. To chyba dobra pointa wczorajszego maratonu. Następny pojadę na maksa i trudno, nie będzie fotek podjazdów ;)
Fantastyczna pogoda się zrobiła. Rano co prawda jeszcze chłodno ale po południu już można było jechać w krótkich ciuchach.
A przez cały dzień kotłuje mi się w głowie, tak jak napisałam wczoraj w komentarzu.
"Co by było jakbym się nie zatrzymała na fotkę, a co by było jakby mi łańcuch 3 razy nie spadł, a co by było jakbym troszeczkę bardziej przycisnęła... aaaaajjj za dużo tych co by było gdyby. Od tego właśnie jest wyścig, czas i miejsce w klasyfikacji nie zależy tylko od tego czy ma się forme, siłę, technikę, ale także od kalkulacji, szacowania sił oraz od tego, czy się wie kto startuje i jak jest dobry!"
No właśnie. To chyba dobra pointa wczorajszego maratonu. Następny pojadę na maksa i trudno, nie będzie fotek podjazdów ;)
Mazovia MTB Marathon Chorzele - 1:17 minuty do podium
Niedziela, 17 kwietnia 2011 Kategoria wyścigi, ze zdjęciami, >50 km
| Km: | 60.00 | Km teren: | 40.00 | Czas: | 03:17 | km/h: | 18.27 |
| Pr. maks.: | 41.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | 179179 ( 99%) | HRavg | 162( 90%) |
| Kalorie: | 2548kcal | Podjazdy: | 504m | Sprzęt: Scott Scale 70 | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Wczoraj późno wróciliśmy i nie miałam już siły pisać. Dzisiaj pewnie już nie napiszę wszystkiego, co bym chciała, bo połowy trasy i połowy emocji nie pamiętam ;) Adrenalina zeszła.
Do Chorzeli jedziemy z Markiem autem z Siedlec (z powodów różnych dziwnych, nie będę tu o nich opowiadać), więc droga trochę dalsza niż z Warszawy. Musimy wcześnie wstać, żeby mieć zapas na ewentualne przeszkadzajki. Wstaję o 5:00, jednak od 4:00 już nie śpię. Reisefieber, być może, a może po prostu nerw przed startem. Jakoś w tym sezonie mnie te nerwy przedstartowe zjadają strasznie.
Całą drogę siedzę jak na szpilkach, dobrze, że nie mam pulsometru włączonego bo chyba bym musiała po karetkę dzwonić.
Na trasie nie ma żadnych przeszkadzajek więc zapas po dotarciu na miejsce jest ogromny, dwugodzinny. Jednak przez cały czas, aż do Chorzeli, siąpi i pada, na przemian, a potem pada i siąpi. Co za kicha, mój pierwszy deszczowy maraton.
Na szczęście jak dojeżdżamy to już nie pada. Za to zimno jak w psiarni.
Wychodzimy z auta poszukać kibelka i rozejrzeć się po "stadionie". Zimno. Chyba trzeba założyć "długie" ciuszki. Być może nawet długie rękawiczki.
Na stadionie jeszcze pusto, stoiska z koszulkami dopiero się rozkładają. Za to do kibelka już kolejka.
Wracamy do auta. Machamy nadjeżdżającym autem z rowerami na dachu Krzyśkom i kierujemy ich na wolne miejsce koło nas na parkingu.
Tu chwila przepychanki bo było zajęte przez naszych współparkingowców dla ich znajomych.
Ja się nie wtrącam, ale Marek wymienia parę uprzejmych zdań ;) Tak czy siak Krzychu parkuje.
Gadamy, marzniemy, jemy pyszne ciasto Mamy Marka i banany od Krzyśka. Dywagujemy na temat pogody, przebieramy się. Zakładam spodenki 3/4, koszulkę z krótkim i wiatrówkę. Rękawiczki biorę krótkie bo robi się cieplej, chociaż wieje.
Standardowo już wypijam butelkę Powera przed startem.
Nerw mi trochę opada, ale podnosi się znowu jak już z rowerami podchodzimy do stadionu. Kolejna wizyta w kibelku, no to jest mus...
Krzychu startuje z 11-stki bo nie jechał w Otwocku. Ja i Krzysiek z 9-tki.
Znowu mi tętno skacze. Stoimy w sektorze a tętno mam znowu 130, jednak powoli opada, stabilizuje się na 90, nie jest źle.
Nie ma dużo ludzi, nie dziwota. Trochę daleko od Warszawy... a miejscowi pewnie niezbyt przyzwyczajeni do obecności tu maratonów MTB to i frekwencja nie jest wielka ;)
Zdejmuję kurtkę i zakładam. W kurtce za ciepło, bez kurtki zimno. W końcu jednak decyduję się zostawić ją Markowi. Obstawiam, że 55km to jakieś 4h jazdy. Marek będzie mógł odespać poranną pobudkę.
I wreszcie start.
Na początku jak zwykle, człap człap do linii startu. Na bramie startowej napisane, że Mega ma mieć 62km a nie jak pierwotnie zakładano, 55km. O fuck, to będzie sporo więcej niż 4h. Porozumiewawczo z Krzyśkiem kręcimy do siebie głowami. Będzie rzeźnia.
Czarny z kropidłem mnie nie oszczędził. Ała parzy! :)

Wreszcie po starcie nabieramy tempa. Rozbiegówka cudna, asfaltowa. Krzysiek chyba krzyczy za mną, że mi siedzi na kole, jednak mnie już adrenalina dopada i zapierniczam ze 35 km/h. On ma trochę za mało przełożeń i chyba go szybko gubię.
Po chwili trochę zwalniam bo jest przeciwny wiatr, ale niewiele. Wyprzedzam, wyprzedzam, wyprzedzam. Taaa, chyba powinnam się przekwalifikować na szosę, najbardziej lubię takie kawałki.
Dość długa ta asfaltowa i potem szutrowa rozbiegówka, ale wkrótce wjeżdżamy w las. Tu zaskakują mnie kompletnie dwa dość strome podjazdy, których się w ogóle nie spodziewałam. Rozbiegówka miała mieć według info na stronie Mazovii około 12 km, a tu wot, podjazdy na piątym. Pierwszy mnie zaskoczył stromizną, nie zdążyłam zredukować biegu i stanęłam. No to człap, człapm na piechotę pod górkę.

Potem drugi zaskoczył mnie tym, że był zaraz po fajnym zjeździe a na samym jego początku był zakręt. Przy zbyt szybkiej próbie redukcji spadł mi łańcuch. Przeklinam pod nosem i podchodzę bo nie umiem ruszyć pod takim nachyleniem.
Początek nie za dobry, zaczyna mnie dopadać zwątpienie, ale jednak potem się rozkręcam. Jest fajnie, szybko, szeroko, łatwo wyprzedzać.
Koło 15-tego kilometra zaczynają się poważniejsze podjazdy. Garmin pokazuje że ze 130 metrów robi się 212m, potem w dół do 180m, potem 240m, potem znów 180m i 230m. Wow, normalnie góry.
Nawet sobie już potem radzę z tymi podjazdami. Są długie i męczące, ale szerokie i mało techniczne, raczej wytrzymałościowe. Jeszcze ze dwa razy spada mi łańcuch ale potem łapię, że lepiej redukować przód jak z tyłu jest 4 a nie 3. Potem już nie spada.


Przy okazji uczę się nowej rzeczy, a mianowicie łatwiej podjechać stromiznę przesuwając się na nos siodełka (pewnie odkryłam Amerykę w konserwach, ale dla mnie to jest normalnie odkrycie roku), a podeptać na stojąco tylko przy "przeszkadzajkach" na podjeździe np. wybrzuszeniach albo korzeniach.
Majka podczas któregoś wywiadu powiedziała, że "Najgorszy wyścig jest lepszy od najlepszego treningu. A dobry wyścig to trening wyśmienity". Coraz bardziej rozumiem to zdanie i coraz bardziej je przyswajam.
Najlepsze jednak z tego kawałka są
ZJAZDYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyYYYYYYY!!!!!
To, jak napisałam to słowo, oddaje mniej więcej ich charakter. Długie, szerokie, aż się prosi wrzucenie na maksa i dopedałowywanie, ale się boję ;)
Na jednym bez pedałowania wykręcam 41 km/h. No nieźle... Banan na twarzy nie mieści mi się między uszami.
Na pierwszym bufecie łapię wodę w kubku, zatrzymuję się na moment, wypijam, . Bufet usytuowany dziwnie, na podjeździe. Jednak udaje mi się ruszyć i szybko "lecę" (inaczej się nie da tego określić) dalej.
W ogóle jedzie mi się wspaniale, po pierwszych dwóch nieudanych podjazdach, jest po prostu cudnie. Jak to mówi Damian "noga podaje" :) Rower sam jedzie, nogi same się kręcą.
Nic mnie nie boli, nic mi nie przeszkadza, power jest we mnie dzisiaj wielki i nie mam na myśli napoju izotonicznego.
Na drugim bufecie wrzeszczę "woda", nastawiona na to, że gość podający izotona pokaże mi palcem, że woda z tyłu. Ale nie, on nagle wyciąga rękę i łapie wodę ze stołu... Pisk opon, ostre hamowanie, zarzuca mi rowerem ale zatrzymuję się, łapię wodę w butelce, wypijam prawie duszkiem i natychmiast jadę dalej.
Jeszcze łapię batona, wcinam go jadąc około 35 km/h bo chwilowo lecę asfaltem.
Dalej po drodze spotykam Agnieszkę, cykamy się trochę, mijamy, raz ona z przodu, raz ja.
Gdzieś około 31 km wita mnie takie cudo.

Tak wiem, na zdjęciu nie wygląda... Ale pomyślcie, jak musiało wyglądać, skoro zatrzymałam się zrobić fotę. Ci na zdjęciu na dole jeszcze liczą na łut szczęścia, ale w połowie podjazdu to już wszyscy prowadzą rowery. Oprócz mnie, bo ja niosę na ramieniu. Tak jest szybciej i sprawniej. Na chwilę tylko zdejmuję dla odpoczynku bo zaczyna ciążyć ale potem znów na ramię i do góry.
Na rozjeździe na Giga (około 41 km) mam czas 02:18. !!!!!!!!!!!!!!!!!! Średnia 17 km/h. No wow, aby utrzymać tę średnią, to będzie fantastyczny wynik.
Okazuje się jednak, że utrzymanie tej średniej tak nisko jest trudne ;) Bo dalsza część trasy to już są dość proste podjazdy, fajne zjazdy, długie szutrowe i asfaltowe proste. Średnia z pozostałego odcinka 21,4 km/h.
Cały czas gdzieś tam mijam się z Agnieszką. Dogryzamy sobie żartobliwie przy okazji. Ja rzucam jej "wyprzedź tego gościa, nie wlecz się za nim", "znowu za kimś jedziesz", a ona mi "wyprzedź mnie raz, a dobrze, co?" ;)
W końcu faktycznie wyprzedzam ją "raz a dobrze" bo trafiam na wielki kawał asfaltu... Odsadzam się szybko i już Agnieszki nie spotykam aż do mety.
Na ostatniej długiej prostej pędzę jak szalona, próbuję jeszcze dopędzić jakiegoś gościa przede mną, ale coś nie mam wrażenia, żebym się zbliżała do niego. Jak postanawiam odpuścić, to chyba on odpuszcza bo powoli zaczynam go dochodzić. Wyprzedzam go dosłownie przed samym wjazdem na stadion. Chyba się zdziwił, ale nie próbuje mnie gonić. Ja wjeżdżam na metę, jakby mnie goniło stado zdziczałych psów, oglądam się jeszcze czy ten biker mnie nie goni, ale chyba mu się nie chciało albo nie miał już siły. W sumie nie dziwne, ostatni odcinek, około 4 czy 5 km to średnia ze 35 km/h, można nie wytrzymać. Ja wytrzymałam :D
Go, go, go!



Wpadam na metę, szybki luk na Garmina... 03:17. Normalnie CZAD!
Niedługo po mnie wpada Agnieszka. Stoimy chwilkę i gadamy, poznaję jej męża, który już dawno dojechał i teraz cyka nam fotkę. Aga ma trochę dłuższy czas na liczniku, ale - jak się okazuje później, jednak była lepsza (jechała z 11-go sektora i uplasowała się o dwa oczka wyżej w Open).
Lecę po picie, siadam koło mety i odpoczywam, dzwonię do Marka, że już jestem (niespodzianka!).
Niedługo potem mety dopada Krzychu. Krzychu?!?! Po mnie?!?! No w szoku jestem normalnie.
A to nie koniec serii znajomych bo zaraz widzę CheEvarę. Chwilę gadamy. Nie wie która jest bo jeszcze nie ma jej w wynikach. Pyta jak mi poszło. "No nie wiem" - żartuję - "jechało się bardzo dobrze, dobry czas miałam. Jak poprzednio byłam 7/18 w kategorii to teraz chyba co najmniej 4!"
W międzyczasie dojeżdża Krzysiek.
Standardowo potem jeszcze trochę siedzimy, odpoczywamy, pijemy izotony, jemy pyszne Mazoviowe ciasto...

No i pora się zbierać.
W samochodzie sms dostaję.
Jestem czwarta w K3.
...
...
...
Że jak?!?!
...
...
Czytam jeszcze raz tego smsa bo chyba go nie rozumiem, ale jak byk napisane jest, że czwarta... :D:D:D
W domu jeszcze raz sprawdzam.
Dystans 60 km
Czas 03:16:53
Open: 17/29
K3: 4/7
Zabrakło mi 1:17 żeby dostać pucharek :) A mogłam się nie zatrzymywać na to zdjęcie podjazdu ;)
No i jeszcze coś... W generalce K3 jestem trzecia. Oczywiście chwilowo bo mnie zepchną niedługo, ale to trochę takie... motywujące, że jestem przez chwilę trzecia na 20 w generalce :D
Oglądam też wyniki znajomych. CheEvarze wpisali Mega...? Hm albo pomyłka, albo Che ominęła matę na Giga? Bo nie wierzę, że jechała Mega dłużej ode mnie. Chyba będzie wkurzona.
KOW: 8
obciążenie: 1576
Do Chorzeli jedziemy z Markiem autem z Siedlec (z powodów różnych dziwnych, nie będę tu o nich opowiadać), więc droga trochę dalsza niż z Warszawy. Musimy wcześnie wstać, żeby mieć zapas na ewentualne przeszkadzajki. Wstaję o 5:00, jednak od 4:00 już nie śpię. Reisefieber, być może, a może po prostu nerw przed startem. Jakoś w tym sezonie mnie te nerwy przedstartowe zjadają strasznie.
Całą drogę siedzę jak na szpilkach, dobrze, że nie mam pulsometru włączonego bo chyba bym musiała po karetkę dzwonić.
Na trasie nie ma żadnych przeszkadzajek więc zapas po dotarciu na miejsce jest ogromny, dwugodzinny. Jednak przez cały czas, aż do Chorzeli, siąpi i pada, na przemian, a potem pada i siąpi. Co za kicha, mój pierwszy deszczowy maraton.
Na szczęście jak dojeżdżamy to już nie pada. Za to zimno jak w psiarni.
Wychodzimy z auta poszukać kibelka i rozejrzeć się po "stadionie". Zimno. Chyba trzeba założyć "długie" ciuszki. Być może nawet długie rękawiczki.
Na stadionie jeszcze pusto, stoiska z koszulkami dopiero się rozkładają. Za to do kibelka już kolejka.
Wracamy do auta. Machamy nadjeżdżającym autem z rowerami na dachu Krzyśkom i kierujemy ich na wolne miejsce koło nas na parkingu.
Tu chwila przepychanki bo było zajęte przez naszych współparkingowców dla ich znajomych.
Ja się nie wtrącam, ale Marek wymienia parę uprzejmych zdań ;) Tak czy siak Krzychu parkuje.
Gadamy, marzniemy, jemy pyszne ciasto Mamy Marka i banany od Krzyśka. Dywagujemy na temat pogody, przebieramy się. Zakładam spodenki 3/4, koszulkę z krótkim i wiatrówkę. Rękawiczki biorę krótkie bo robi się cieplej, chociaż wieje.
Standardowo już wypijam butelkę Powera przed startem.
Nerw mi trochę opada, ale podnosi się znowu jak już z rowerami podchodzimy do stadionu. Kolejna wizyta w kibelku, no to jest mus...
Krzychu startuje z 11-stki bo nie jechał w Otwocku. Ja i Krzysiek z 9-tki.
Znowu mi tętno skacze. Stoimy w sektorze a tętno mam znowu 130, jednak powoli opada, stabilizuje się na 90, nie jest źle.
Nie ma dużo ludzi, nie dziwota. Trochę daleko od Warszawy... a miejscowi pewnie niezbyt przyzwyczajeni do obecności tu maratonów MTB to i frekwencja nie jest wielka ;)
Zdejmuję kurtkę i zakładam. W kurtce za ciepło, bez kurtki zimno. W końcu jednak decyduję się zostawić ją Markowi. Obstawiam, że 55km to jakieś 4h jazdy. Marek będzie mógł odespać poranną pobudkę.
I wreszcie start.
Na początku jak zwykle, człap człap do linii startu. Na bramie startowej napisane, że Mega ma mieć 62km a nie jak pierwotnie zakładano, 55km. O fuck, to będzie sporo więcej niż 4h. Porozumiewawczo z Krzyśkiem kręcimy do siebie głowami. Będzie rzeźnia.
Czarny z kropidłem mnie nie oszczędził. Ała parzy! :)

Wreszcie po starcie nabieramy tempa. Rozbiegówka cudna, asfaltowa. Krzysiek chyba krzyczy za mną, że mi siedzi na kole, jednak mnie już adrenalina dopada i zapierniczam ze 35 km/h. On ma trochę za mało przełożeń i chyba go szybko gubię.
Po chwili trochę zwalniam bo jest przeciwny wiatr, ale niewiele. Wyprzedzam, wyprzedzam, wyprzedzam. Taaa, chyba powinnam się przekwalifikować na szosę, najbardziej lubię takie kawałki.
Dość długa ta asfaltowa i potem szutrowa rozbiegówka, ale wkrótce wjeżdżamy w las. Tu zaskakują mnie kompletnie dwa dość strome podjazdy, których się w ogóle nie spodziewałam. Rozbiegówka miała mieć według info na stronie Mazovii około 12 km, a tu wot, podjazdy na piątym. Pierwszy mnie zaskoczył stromizną, nie zdążyłam zredukować biegu i stanęłam. No to człap, człapm na piechotę pod górkę.

Potem drugi zaskoczył mnie tym, że był zaraz po fajnym zjeździe a na samym jego początku był zakręt. Przy zbyt szybkiej próbie redukcji spadł mi łańcuch. Przeklinam pod nosem i podchodzę bo nie umiem ruszyć pod takim nachyleniem.
Początek nie za dobry, zaczyna mnie dopadać zwątpienie, ale jednak potem się rozkręcam. Jest fajnie, szybko, szeroko, łatwo wyprzedzać.
Koło 15-tego kilometra zaczynają się poważniejsze podjazdy. Garmin pokazuje że ze 130 metrów robi się 212m, potem w dół do 180m, potem 240m, potem znów 180m i 230m. Wow, normalnie góry.
Nawet sobie już potem radzę z tymi podjazdami. Są długie i męczące, ale szerokie i mało techniczne, raczej wytrzymałościowe. Jeszcze ze dwa razy spada mi łańcuch ale potem łapię, że lepiej redukować przód jak z tyłu jest 4 a nie 3. Potem już nie spada.


Przy okazji uczę się nowej rzeczy, a mianowicie łatwiej podjechać stromiznę przesuwając się na nos siodełka (pewnie odkryłam Amerykę w konserwach, ale dla mnie to jest normalnie odkrycie roku), a podeptać na stojąco tylko przy "przeszkadzajkach" na podjeździe np. wybrzuszeniach albo korzeniach.
Majka podczas któregoś wywiadu powiedziała, że "Najgorszy wyścig jest lepszy od najlepszego treningu. A dobry wyścig to trening wyśmienity". Coraz bardziej rozumiem to zdanie i coraz bardziej je przyswajam.
Najlepsze jednak z tego kawałka są
ZJAZDYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyYYYYYYY!!!!!
To, jak napisałam to słowo, oddaje mniej więcej ich charakter. Długie, szerokie, aż się prosi wrzucenie na maksa i dopedałowywanie, ale się boję ;)
Na jednym bez pedałowania wykręcam 41 km/h. No nieźle... Banan na twarzy nie mieści mi się między uszami.
Na pierwszym bufecie łapię wodę w kubku, zatrzymuję się na moment, wypijam, . Bufet usytuowany dziwnie, na podjeździe. Jednak udaje mi się ruszyć i szybko "lecę" (inaczej się nie da tego określić) dalej.
W ogóle jedzie mi się wspaniale, po pierwszych dwóch nieudanych podjazdach, jest po prostu cudnie. Jak to mówi Damian "noga podaje" :) Rower sam jedzie, nogi same się kręcą.
Nic mnie nie boli, nic mi nie przeszkadza, power jest we mnie dzisiaj wielki i nie mam na myśli napoju izotonicznego.
Na drugim bufecie wrzeszczę "woda", nastawiona na to, że gość podający izotona pokaże mi palcem, że woda z tyłu. Ale nie, on nagle wyciąga rękę i łapie wodę ze stołu... Pisk opon, ostre hamowanie, zarzuca mi rowerem ale zatrzymuję się, łapię wodę w butelce, wypijam prawie duszkiem i natychmiast jadę dalej.
Jeszcze łapię batona, wcinam go jadąc około 35 km/h bo chwilowo lecę asfaltem.
Dalej po drodze spotykam Agnieszkę, cykamy się trochę, mijamy, raz ona z przodu, raz ja.
Gdzieś około 31 km wita mnie takie cudo.

Tak wiem, na zdjęciu nie wygląda... Ale pomyślcie, jak musiało wyglądać, skoro zatrzymałam się zrobić fotę. Ci na zdjęciu na dole jeszcze liczą na łut szczęścia, ale w połowie podjazdu to już wszyscy prowadzą rowery. Oprócz mnie, bo ja niosę na ramieniu. Tak jest szybciej i sprawniej. Na chwilę tylko zdejmuję dla odpoczynku bo zaczyna ciążyć ale potem znów na ramię i do góry.
Na rozjeździe na Giga (około 41 km) mam czas 02:18. !!!!!!!!!!!!!!!!!! Średnia 17 km/h. No wow, aby utrzymać tę średnią, to będzie fantastyczny wynik.
Okazuje się jednak, że utrzymanie tej średniej tak nisko jest trudne ;) Bo dalsza część trasy to już są dość proste podjazdy, fajne zjazdy, długie szutrowe i asfaltowe proste. Średnia z pozostałego odcinka 21,4 km/h.
Cały czas gdzieś tam mijam się z Agnieszką. Dogryzamy sobie żartobliwie przy okazji. Ja rzucam jej "wyprzedź tego gościa, nie wlecz się za nim", "znowu za kimś jedziesz", a ona mi "wyprzedź mnie raz, a dobrze, co?" ;)
W końcu faktycznie wyprzedzam ją "raz a dobrze" bo trafiam na wielki kawał asfaltu... Odsadzam się szybko i już Agnieszki nie spotykam aż do mety.
Na ostatniej długiej prostej pędzę jak szalona, próbuję jeszcze dopędzić jakiegoś gościa przede mną, ale coś nie mam wrażenia, żebym się zbliżała do niego. Jak postanawiam odpuścić, to chyba on odpuszcza bo powoli zaczynam go dochodzić. Wyprzedzam go dosłownie przed samym wjazdem na stadion. Chyba się zdziwił, ale nie próbuje mnie gonić. Ja wjeżdżam na metę, jakby mnie goniło stado zdziczałych psów, oglądam się jeszcze czy ten biker mnie nie goni, ale chyba mu się nie chciało albo nie miał już siły. W sumie nie dziwne, ostatni odcinek, około 4 czy 5 km to średnia ze 35 km/h, można nie wytrzymać. Ja wytrzymałam :D
Go, go, go!



Wpadam na metę, szybki luk na Garmina... 03:17. Normalnie CZAD!
Niedługo po mnie wpada Agnieszka. Stoimy chwilkę i gadamy, poznaję jej męża, który już dawno dojechał i teraz cyka nam fotkę. Aga ma trochę dłuższy czas na liczniku, ale - jak się okazuje później, jednak była lepsza (jechała z 11-go sektora i uplasowała się o dwa oczka wyżej w Open).
Lecę po picie, siadam koło mety i odpoczywam, dzwonię do Marka, że już jestem (niespodzianka!).
Niedługo potem mety dopada Krzychu. Krzychu?!?! Po mnie?!?! No w szoku jestem normalnie.
A to nie koniec serii znajomych bo zaraz widzę CheEvarę. Chwilę gadamy. Nie wie która jest bo jeszcze nie ma jej w wynikach. Pyta jak mi poszło. "No nie wiem" - żartuję - "jechało się bardzo dobrze, dobry czas miałam. Jak poprzednio byłam 7/18 w kategorii to teraz chyba co najmniej 4!"
W międzyczasie dojeżdża Krzysiek.
Standardowo potem jeszcze trochę siedzimy, odpoczywamy, pijemy izotony, jemy pyszne Mazoviowe ciasto...

No i pora się zbierać.
W samochodzie sms dostaję.
Jestem czwarta w K3.
...
...
...
Że jak?!?!
...
...
Czytam jeszcze raz tego smsa bo chyba go nie rozumiem, ale jak byk napisane jest, że czwarta... :D:D:D
W domu jeszcze raz sprawdzam.
Dystans 60 km
Czas 03:16:53
Open: 17/29
K3: 4/7
Zabrakło mi 1:17 żeby dostać pucharek :) A mogłam się nie zatrzymywać na to zdjęcie podjazdu ;)
No i jeszcze coś... W generalce K3 jestem trzecia. Oczywiście chwilowo bo mnie zepchną niedługo, ale to trochę takie... motywujące, że jestem przez chwilę trzecia na 20 w generalce :D
Oglądam też wyniki znajomych. CheEvarze wpisali Mega...? Hm albo pomyłka, albo Che ominęła matę na Giga? Bo nie wierzę, że jechała Mega dłużej ode mnie. Chyba będzie wkurzona.
KOW: 8
obciążenie: 1576
llaaalalallilaaa...
Piątek, 15 kwietnia 2011 Kategoria dojazdy, trening
| Km: | 18.29 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 01:00 | km/h: | 18.29 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | 155155 ( 86%) | HRavg | 125( 69%) |
| Kalorie: | 1103kcal | Podjazdy: | m | Sprzęt: Scott Scale 70 | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Miało być spokojnie dzisiaj ale jakoś mnie nosiło :) Dawno takiego czasu nie zrobiłam na dystansie praca-powrót.
Za to mało nie wpadłam pod samochód wyjeżdżający z bramy, tuż pod pracą. Wot siurpryza, brama wiecznie zamknięta i nie wyglądająca na czynną a tu coś z niej wyjeżdża... Dobrze, że powoli ;)
kadencja 84/127
Kat: E2
KOW: 4
obciążenie 240
Za to mało nie wpadłam pod samochód wyjeżdżający z bramy, tuż pod pracą. Wot siurpryza, brama wiecznie zamknięta i nie wyglądająca na czynną a tu coś z niej wyjeżdża... Dobrze, że powoli ;)
kadencja 84/127
Kat: E2
KOW: 4
obciążenie 240
luźno do pracy
Czwartek, 14 kwietnia 2011 Kategoria dojazdy
| Km: | 18.25 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 01:04 | km/h: | 17.11 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | 153153 ( 85%) | HRavg | 120( 66%) |
| Kalorie: | 1006kcal | Podjazdy: | m | Sprzęt: Scott Scale 70 | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Rano potwornie bolał mnie bark. Nie mogłam za bardzo obrócić się w lewo. Ale pojechałam rowerem. Nie był to najmądrzejszy pomysł bo przejechanie z prawego pasa ruchu na lewy stanowiło pewne wyzwanie (nie mogłam się zbytnio obejrzeć). Ale jakoś udało mi się nie zginąć pod kołami samochodu. Wiatr dzisiaj tak strasznie nie dokuczał więc jechało się, mimo tej kontuzji, nieźle.
Po południu było już zdecydowanie lepiej, bark prawie nie bolał, zrobiło się ciepło i miałam lekki wplecywind. Super.
Po południu było już zdecydowanie lepiej, bark prawie nie bolał, zrobiło się ciepło i miałam lekki wplecywind. Super.
siłka
Środa, 13 kwietnia 2011 Kategoria trening, trening siłowy
| Km: | 0.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 01:30 | km/h: | 0.00 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| Kalorie: | kcal | Podjazdy: | m | Aktywność: Jazda na rowerze | |||
Robiłam sobie spokojnie swoje ćwiczenia, aż przyszedł Marek i się wtrącił. Otóż, źle robię pompki. Dłonie powinny być skierowane palcami wzdłuż ciała, a nie w poprzek.
Przy ostatniej serii spróbowałam nowej pozycji i skończyło się to tym, że coś mi strzeliło koło łopatki i plecy mnie bolą jak k... m... A w tej pozycji poza tym to ja w ogóle nie daję rady robić pompek. 5x i wymiękam.
Dokończyłam te pompki po swojemu ale plecy mnie bolą. Jaaaa... mam nadzieję, że przestanie do niedzieli bo w takim stanie nie będę w stanie jechać w Chorzelach.
przysiad z obciążeniem 4x20
sprężyna (ściąganie do klatki piersiowej) 4x16
step z obciążeniem 4x20
pompki 4x10
wspięcia na palcach bez obciążenia 4x15
wiosłowanie na stojąco 4x20
brzuszki ze skrętem 4x20
stabilizacja:
wypad z obciążeniem x4
pseudopompka na piłce rehabilitacyjnej x4
KOW: 3
obciążenie: 270
Przy ostatniej serii spróbowałam nowej pozycji i skończyło się to tym, że coś mi strzeliło koło łopatki i plecy mnie bolą jak k... m... A w tej pozycji poza tym to ja w ogóle nie daję rady robić pompek. 5x i wymiękam.
Dokończyłam te pompki po swojemu ale plecy mnie bolą. Jaaaa... mam nadzieję, że przestanie do niedzieli bo w takim stanie nie będę w stanie jechać w Chorzelach.
przysiad z obciążeniem 4x20
sprężyna (ściąganie do klatki piersiowej) 4x16
step z obciążeniem 4x20
pompki 4x10
wspięcia na palcach bez obciążenia 4x15
wiosłowanie na stojąco 4x20
brzuszki ze skrętem 4x20
stabilizacja:
wypad z obciążeniem x4
pseudopompka na piłce rehabilitacyjnej x4
KOW: 3
obciążenie: 270
narastające tym razem wypaliło ;)
Środa, 13 kwietnia 2011 Kategoria dojazdy, trening
| Km: | 34.07 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 01:52 | km/h: | 18.25 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | 159159 ( 88%) | HRavg | 124( 68%) |
| Kalorie: | 1673kcal | Podjazdy: | m | Sprzęt: Scott Scale 70 | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Nie wiem, czy to kwestia odpowiedniego kierunku wiatru czy może wreszcie odpowiedniego doboru prędkości, ale tym razem udało mi się wykonać założony trening 15 km w narastającym tempie :)
Pokropiło mnie troszeczkę, ale nieznacznie - szybciej schłam niż mokłam.
Znów bolą mnie barki. Zastanawiam się, dlaczego czasem mnie bolą a czasem nie. Ateuszem jestem zatwardziałym ale modlę się w duchu, żeby BGFit wreszcie zaczęło przynosić jakieś efekty.
kadencja 86/113
KOW: 4
obciążenie: 448
Pokropiło mnie troszeczkę, ale nieznacznie - szybciej schłam niż mokłam.
Znów bolą mnie barki. Zastanawiam się, dlaczego czasem mnie bolą a czasem nie. Ateuszem jestem zatwardziałym ale modlę się w duchu, żeby BGFit wreszcie zaczęło przynosić jakieś efekty.
kadencja 86/113
KOW: 4
obciążenie: 448







