uf, trochę cieplej
Piątek, 6 maja 2011 Kategoria dojazdy, trening
| Km: | 18.45 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 01:01 | km/h: | 18.15 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | 152152 ( 84%) | HRavg | 125( 69%) |
| Kalorie: | kcal | Podjazdy: | m | Sprzęt: Scott Scale 70 | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Dzisiaj rano było niespodziewanie ciepło. W trakcie jazdy musiałam się pozbyć kurtki. Po południu w ogóle wracałam już w krótki rękaw. Miałam dzisiaj przyjemnie bo w obie strony popędzał mnie wplecywind :) Biedny Marek, On miał dzisiaj na odwrót...
Wracając zahaczyłam o ursynowskiego Bikemana, z moim wczorajszym pytaniem. Okazało się, że jednak pójście z tym samym problemem do innych ludzi może zaowocować konstruktywnym rozwiązaniem. Otóż - jeśli chodzi o hamulec, serwisant polecił mi używać "zaślepki" do hamulca jak przednie koło jest zdemontowane. Zapobiegnie to przypadkowemu poruszeniu klocków i prawdopodobnie po założeniu koła hamulec nie będzie ocierał. Muszę to wypróbować, ciągle zapominam o tej zaślepce :)
Co do kierownicy, zorganizowano krótkie trzyosobowe konsylium i okazało się, że zmieszczenie wszystkiego na kierze po jej przycięciu nie jest problemem, tylko muszę zmienić manetki na SLX lub XT (bez telewizorków).
Ot i po problemie. Tzn. drobny nadal pozostał, w postaci braku kasy... ale w końcu od czego jest kredytówka ;)
kadencja 87/118
KOW: 3
obciążenie: 183
Wracając zahaczyłam o ursynowskiego Bikemana, z moim wczorajszym pytaniem. Okazało się, że jednak pójście z tym samym problemem do innych ludzi może zaowocować konstruktywnym rozwiązaniem. Otóż - jeśli chodzi o hamulec, serwisant polecił mi używać "zaślepki" do hamulca jak przednie koło jest zdemontowane. Zapobiegnie to przypadkowemu poruszeniu klocków i prawdopodobnie po założeniu koła hamulec nie będzie ocierał. Muszę to wypróbować, ciągle zapominam o tej zaślepce :)
Co do kierownicy, zorganizowano krótkie trzyosobowe konsylium i okazało się, że zmieszczenie wszystkiego na kierze po jej przycięciu nie jest problemem, tylko muszę zmienić manetki na SLX lub XT (bez telewizorków).
Ot i po problemie. Tzn. drobny nadal pozostał, w postaci braku kasy... ale w końcu od czego jest kredytówka ;)
kadencja 87/118
KOW: 3
obciążenie: 183
studium gołębia w stanie rozkładu II
Czwartek, 5 maja 2011 Kategoria dojazdy
| Km: | 18.58 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 00:59 | km/h: | 18.89 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | 152152 ( 84%) | HRavg | 124( 68%) |
| Kalorie: | 1042kcal | Podjazdy: | m | Sprzęt: Scott Scale 70 | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Dzisiaj buro, szaro i ponuro. I zimno. W dodatku jak tylko wyszłam z domu, zaczęło coś mżyć. Na szczęście mżyło na tyle niemrawie, że przez pół godziny dojazdu do pracy nie zmokłam prawie w ogóle, tylko kask był "okroplony".
Rozkładający się gołąb leży sobie dalej, to już prawie trzy tygodnie. Obecnie to już nawet trudno stwierdzić, że to był gołąb - tylko dla wtajemniczonych...
Po południu się rozpogodziło, a wplecywindzik był tak przyjemny, że nie mogłam sobie podarować i pedałowałam do domu ile Bozia dała :)
Zajrzałam na chwilę do Plusa, żeby przedyskutować kilka kwestii. Między innymi kwestię ocierania hamulca i skrócenia kiery. Co do hamulca to ponoć standardowa przypadłość Avidów, że ocierają - bo jest mała odległość klocków od tarczy. Można to próbować rozwiązać zmieniając piastę na bardziej ... stabilną (?) albo zmienić hamule.
Co do kiery to jest problem bo manetka blokady skoku od amora ma obejmę o konkretnej średnicy i jak się skróci kierę, po przesunięciu manetek i klamek bliżej mostka, manetki amora nie będzie gdzie przyczepić (bo kiera w stronę mostka się rozszerza, tzn. jej średnica). Rozwiązaniem jest kupienie kiery o mniejszym przekroju i przymocowanie jej za pomocą różnych podkładek do obecnego mostka. Ale z kolei nie ma carbonowych kier (a jak już zmieniać to na carbon) o mniejszej średnicy. I dupa, ma ktoś jakiś pomysł...?
Przy okazji w Plusie skrytykowali mnie, że mam brudny rower, w szczególności napęd... fakt, był tylko opłukany po Sierpcu ale napęd nie był wyczyszczony i nasmarowany.
No to wieczorem zabrałam się za toaletę rowerka, dawno tak porządnej nie miał. Wyczyściłam cały rowerek szmatką z płynem do mycia naczyń ;) Do wyczyszczenia napędu użyłam eksperymentalnie zakupionej przez Marka w Lidlu maszynki :) Najpierw zastosowałam dołączony do tej maszynki płyn pachnący kwiatkami, a jak się skończył, poprawiłam benzyną ekstrakcyjną.
Geeez... ależ czarne błoto z tego leci. I można tak myć i myć i cały czas leci czarne błoto...
Na wysoki połysk przetarłam jeszcze szmatą z WD40 (stara indiańska metoda i niech nikt nie mówi, że tak nie wolno), przetarłam też zębatki i kółeczka wszelakie, korbę itd. wytarłam do sucha i nasmarowałam :D
Rozkładający się gołąb leży sobie dalej, to już prawie trzy tygodnie. Obecnie to już nawet trudno stwierdzić, że to był gołąb - tylko dla wtajemniczonych...
Po południu się rozpogodziło, a wplecywindzik był tak przyjemny, że nie mogłam sobie podarować i pedałowałam do domu ile Bozia dała :)
Zajrzałam na chwilę do Plusa, żeby przedyskutować kilka kwestii. Między innymi kwestię ocierania hamulca i skrócenia kiery. Co do hamulca to ponoć standardowa przypadłość Avidów, że ocierają - bo jest mała odległość klocków od tarczy. Można to próbować rozwiązać zmieniając piastę na bardziej ... stabilną (?) albo zmienić hamule.
Co do kiery to jest problem bo manetka blokady skoku od amora ma obejmę o konkretnej średnicy i jak się skróci kierę, po przesunięciu manetek i klamek bliżej mostka, manetki amora nie będzie gdzie przyczepić (bo kiera w stronę mostka się rozszerza, tzn. jej średnica). Rozwiązaniem jest kupienie kiery o mniejszym przekroju i przymocowanie jej za pomocą różnych podkładek do obecnego mostka. Ale z kolei nie ma carbonowych kier (a jak już zmieniać to na carbon) o mniejszej średnicy. I dupa, ma ktoś jakiś pomysł...?
Przy okazji w Plusie skrytykowali mnie, że mam brudny rower, w szczególności napęd... fakt, był tylko opłukany po Sierpcu ale napęd nie był wyczyszczony i nasmarowany.
No to wieczorem zabrałam się za toaletę rowerka, dawno tak porządnej nie miał. Wyczyściłam cały rowerek szmatką z płynem do mycia naczyń ;) Do wyczyszczenia napędu użyłam eksperymentalnie zakupionej przez Marka w Lidlu maszynki :) Najpierw zastosowałam dołączony do tej maszynki płyn pachnący kwiatkami, a jak się skończył, poprawiłam benzyną ekstrakcyjną.
Geeez... ależ czarne błoto z tego leci. I można tak myć i myć i cały czas leci czarne błoto...
Na wysoki połysk przetarłam jeszcze szmatą z WD40 (stara indiańska metoda i niech nikt nie mówi, że tak nie wolno), przetarłam też zębatki i kółeczka wszelakie, korbę itd. wytarłam do sucha i nasmarowałam :D
wiosno, wróć!
Środa, 4 maja 2011 Kategoria dojazdy
| Km: | 19.43 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 01:06 | km/h: | 17.66 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | 145145 ( 80%) | HRavg | 119( 66%) |
| Kalorie: | 1383kcal | Podjazdy: | m | Sprzęt: Scott Scale 70 | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Jak już uznałam, że można odłożyć zimowe ciuchy na dobre, zima podstępnie zaatakowała znowu. Dzisiaj rano wstaję i oczom nie wierzę, na termometrze 0 stopni! Jednak słonko nieźle już daje. Pół godziny później już jest ciepło, +2 stopnie ;)
No cóż, ubieram się ostro na cebulkę bo pewnie po południu już będzie w miarę znośnie.
Rano jedzie mi się okropnie. Zmęczenie po zawodach, wmordewind, zimno, oczy się kleją z niewyspania, w dodatku zwyczajowo ociera mi przednia tarcza hamulcowa.
Po południu na szczęście wietrzyk w plecy więc do domu już jedzie się przyjemnie, no i jest zdecydowanie cieplej.
No cóż, ubieram się ostro na cebulkę bo pewnie po południu już będzie w miarę znośnie.
Rano jedzie mi się okropnie. Zmęczenie po zawodach, wmordewind, zimno, oczy się kleją z niewyspania, w dodatku zwyczajowo ociera mi przednia tarcza hamulcowa.
Po południu na szczęście wietrzyk w plecy więc do domu już jedzie się przyjemnie, no i jest zdecydowanie cieplej.
Mazovia MTB Marathon Sierpc - nudno i potwornie zimno
Wtorek, 3 maja 2011 Kategoria >50 km, wyścigi, ze zdjęciami
| Km: | 55.00 | Km teren: | 45.00 | Czas: | 02:47 | km/h: | 19.76 |
| Pr. maks.: | 40.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | 172172 ( 95%) | HRavg | 158( 87%) |
| Kalorie: | kcal | Podjazdy: | m | Sprzęt: Scott Scale 70 | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
No ja pierniczę... W zasadzie tylko to mi się nasuwa po dzisiejszych zawodach.
Do Sierpca przyjechaliśmy z Markiem już w niedzielę. Jakoś po południu. W sumie pogoda była całkiem znośna, było dość chłodno ale słonko świeciło. Wieczorem wybraliśmy się na przechadzkę po Sierpcu i zmarzliśmy troszkę.
W poniedziałek "zaliczyliśmy" skansen. Ja już byłam tu wcześniej, ale Marek nie - więc poszliśmy. To jest bardzo fajne miejsce. Duży obszar z wieloma zabytkowymi chatami z pełnym wyposażeniem wnętrz, z drewnianym zabytkowym kościółkiem i młynem, tzw. "koźlakiem". Młyn jest najlepszy, a najlepsze jest to, że można wleźć do środka, na samą górę, obejrzeć mechanizm itd.
Nałaziliśmy się trochę, naoglądalim. Zmarzlim jeszcze bardziej niż poprzedniego dnia, bo słonka było co na lekarstwo a chmury wyglądały tak, jakby zaraz miało zacząć z nich padać. Żeby się ogrzać zaliczyliśmy pajdę ze smalcem i herbatkę w również zabytkowej karczmie na terenie skansenu :)
Potem jeszcze odwiedziliśmy muzeum w Sierpcu, gdzie była ciekawa wystawa czasowa lalek z różnych stron świata. Clue wystawy polegało na ręcznie wykonanych ludowych strojach lalek.
Niestety, poza skansenem i muzeum nic więcej wartego uwagi w Sierpcu nie ma. Pani w muzeum również rozłożyła ręce i powiedziała właśnie to zdanie... a kto jak kto, ale ona powinna wiedzieć, co można tu zobaczyć.
Trochę zniechęceni resztę dnia spędziliśmy w naszym pokoju zaklepanym w zajeździe Sonata w pobliskim Studzieńcu. Swoją drogą polecam to miejsce. Jest cicho, wygodnie, stosunkowo niedrogo.
Jakoś jednak wolałam nie oglądać prognozy pogody w TV na następny dzień...
Wieczorem jednak zadzwonił Krzysiek z hiobowymi wieściami, że pono zapowiadają paskudną pogodę i w ogóle i w ogóle.
Rano w dniu zawodów wstajemy ciut za wcześnie. Po zjedzeniu śniadania okazuje się, że mamy jeszcze od cholery czasu więc leżymy sobie jeszcze trochę.
Potem zbieramy się do kupy i opuszczamy ten miły przybytek.
Na dworze parszywie zimno, przenikliwy wiatr i niska temperatura. Na szczęście mam całą masę ciuchów rowerowych "na zimno". Nie wzięłam tylko długopalczastych rękawiczek i to był największy błąd jak mogłam zrobić.
Oczywiście z miejscem do zaparkowania w pobliżu miasteczka maratonowego jak zwykle jest problem, ale znamy już ukrytą miejscówkę (parkowaliśmy tam dzień wcześniej). Więc od razu tam zajeżdżamy.
Na piechotkę udajemy się do miasteczka maratonowego. Rozglądam się za znajomymi i trafiam na Olafa. Potem również pojawia się Krzysiek ze swoją nową maszynką. CheEvary nigdzie nie widać. Jak się po maratonie dowiaduję, wyższe sektory jechały z innej uliczki (!), więc pewnie dlatego.
Chwilę gadu gadu, marzniemy trochę, ale po wizycie w Toiu robi mi się cieplej. Zostawiam Markowi sweter i kurtkę. Zimno mi tylko w ręce, palce zaczynają grabieć. Trochę mnie to martwi, ale pocieszam się, że po starcie się rozgrzeją.
Startuję dzisiaj z "ósemki". Olaf i Krzysiek z 9 sektora, więc jestem tam sama. Ale za chwilę zaczepia mnie jakaś laska, okazuje się, że to znajoma z zimowych treningów WKK w Kabatach. Niestety, nie pamiętam jak ma na imię :(
Zimno, zimno, podskakuję, kręcę nogami, rękami..· brrr... Na chwilę muszę przestać, bo pada komenda "Do hymnu". No tak, 3 maja. Mamroczę sobie pierwsze dwie zwrotki do muzyki. Trzeciej słów już nie pamiętam. Potem jest odegrany hymn Sierpca, bardzo krótki.
I wreszcie start. Od razu zaczynam zapierniczać, żeby się rozgrzać. Niestety, jakoś się nie mogę rozgrzać. Zgrabiałe paluchy nie czują manetek ani klamek hamulcowych, będzie kiepsko.


... i właściwie tutaj mogłabym skończyć tę opowieść bo... to jest najnudniejszy maraton Mazovii, w którym miałam okazję do tej pory brać udział. Trasa płaska, nieurozmaicona, nieatrakcyjna widokowo. Po drodze nie ma kompletnie nic wartego wzmianki, nawet żadne wydarzenie z udziałem rowerzystów, nic się nie dzieje, nikt na nikogo nie wjechał ;)
W dodatku trasa jest męcząca bo wszędzie tylko piach piach piach. A jak kończy się piach to jeszcze dale jest trochę piachu. Ja rozumiem, łacha piachu od czasu do czasu, ale tutaj piach przewala się w mniejszych lub większych ilościach przez całą trasę.
Jedynym urozmaiceniem jest jedno łatwo przejezdne błotko i dwa strumyki. Jeden przechodzę na piechotę. W drugim utykam na środku próbując go przejechać (jest głębszy niż wyglądał z brzegu). Całe szczęście, że stąd nie jest już tak bardzo daleko do mety, bo z wodą w butach w takich warunkach pogodowych jak dzisiaj, to chwilkę dłużej i chyba by mi palce odpadły. Zresztą od tego momentu to jedyna myśl jaka gości w mojej głowie to "zimno, ja chcę pod kołderkę, niech ten cholerny maraton już się skończy!"
Jedzie mi się generalnie słabo. Chyba głównie przez te piachy, ale też silny wiatr. Orgowie, niestety, większość trasy poprowadzili polnymi szutrówkami, gdzie wiatr hula w najlepsze. Może do tego też dołożył się do tego mocny trening biegowy w sobotę. Jednak jadąc tymi otwartymi przestrzeniami uczę się, że faktycznie "siedzenie na kole" komuś pomaga. Wyprzedzam w ten sposób kilka osób, przyczepiając się do szybszych rowerzystów.
Jedynym akcentem wartym uwagi jest mój końcowy sprint na asfalcie, gdzie dosłownie chyba z metr przed matą na mecie wyprzedzam jednego gościa :)
Wjeżdżam na mete z uczuciem triumfu, bo było trudno go dogonić ;)
Na mecie okazuje się, że Krzysiek dotarł jakieś 10 minut przede mną :) Super, fajnie, cieszę się, że wreszcie ma dobry sprzęt do jazdy :)
Mimo przebrania się w suche i świeże ciuchy, jest mi potwornie zimno. Marek przynosi mi "posiłek regeneracyjny" ale jest ohydny, nie dojadam do końca. Wolę ciasto.
Zmywamy się dość szybko bo aura nie sprzyja pogaduchom ani siedzeniu na trawce.
Tuż po naszym wyjechaniu z Sierpca zaczyna padać deszcz. Dziękuję niebiosom, że nie zaczął padać w trakcie maratonu!
W Warszawie za oknem robi się szaroburo, chmury wyglądają wyraźnie śniegowo. I faktycznie, wieczorem zaczyna padać mokry, lepki śnieg (!).
Czas: 2:46:42
Open: 22/31
Kat: 7/11
Pozycje nie za dobre, ale rating powyżej 80, to już drugi pod rząd tak wysoki rating na Mega :) Nadal jestem 3 w generalce mojej kategorii, a przesunęłam się do 7 sektora :)
Niestety, nie jestem zadowolona z mojej jazdy. Myślę, że mogłam lepiej. Jednak było mi tak zimno, że myślałam głównie o tym, że jest mi zimno i że mi palce grabieją, a nie o tym, żeby się ścigać.
kadencja 81/107 (o kurczę, niezła kadencja jak na maraton!)
KOW: 8
obciążenie: 1336
Do Sierpca przyjechaliśmy z Markiem już w niedzielę. Jakoś po południu. W sumie pogoda była całkiem znośna, było dość chłodno ale słonko świeciło. Wieczorem wybraliśmy się na przechadzkę po Sierpcu i zmarzliśmy troszkę.
W poniedziałek "zaliczyliśmy" skansen. Ja już byłam tu wcześniej, ale Marek nie - więc poszliśmy. To jest bardzo fajne miejsce. Duży obszar z wieloma zabytkowymi chatami z pełnym wyposażeniem wnętrz, z drewnianym zabytkowym kościółkiem i młynem, tzw. "koźlakiem". Młyn jest najlepszy, a najlepsze jest to, że można wleźć do środka, na samą górę, obejrzeć mechanizm itd.
Nałaziliśmy się trochę, naoglądalim. Zmarzlim jeszcze bardziej niż poprzedniego dnia, bo słonka było co na lekarstwo a chmury wyglądały tak, jakby zaraz miało zacząć z nich padać. Żeby się ogrzać zaliczyliśmy pajdę ze smalcem i herbatkę w również zabytkowej karczmie na terenie skansenu :)
Potem jeszcze odwiedziliśmy muzeum w Sierpcu, gdzie była ciekawa wystawa czasowa lalek z różnych stron świata. Clue wystawy polegało na ręcznie wykonanych ludowych strojach lalek.
Niestety, poza skansenem i muzeum nic więcej wartego uwagi w Sierpcu nie ma. Pani w muzeum również rozłożyła ręce i powiedziała właśnie to zdanie... a kto jak kto, ale ona powinna wiedzieć, co można tu zobaczyć.
Trochę zniechęceni resztę dnia spędziliśmy w naszym pokoju zaklepanym w zajeździe Sonata w pobliskim Studzieńcu. Swoją drogą polecam to miejsce. Jest cicho, wygodnie, stosunkowo niedrogo.
Jakoś jednak wolałam nie oglądać prognozy pogody w TV na następny dzień...
Wieczorem jednak zadzwonił Krzysiek z hiobowymi wieściami, że pono zapowiadają paskudną pogodę i w ogóle i w ogóle.
Rano w dniu zawodów wstajemy ciut za wcześnie. Po zjedzeniu śniadania okazuje się, że mamy jeszcze od cholery czasu więc leżymy sobie jeszcze trochę.
Potem zbieramy się do kupy i opuszczamy ten miły przybytek.
Na dworze parszywie zimno, przenikliwy wiatr i niska temperatura. Na szczęście mam całą masę ciuchów rowerowych "na zimno". Nie wzięłam tylko długopalczastych rękawiczek i to był największy błąd jak mogłam zrobić.
Oczywiście z miejscem do zaparkowania w pobliżu miasteczka maratonowego jak zwykle jest problem, ale znamy już ukrytą miejscówkę (parkowaliśmy tam dzień wcześniej). Więc od razu tam zajeżdżamy.
Na piechotkę udajemy się do miasteczka maratonowego. Rozglądam się za znajomymi i trafiam na Olafa. Potem również pojawia się Krzysiek ze swoją nową maszynką. CheEvary nigdzie nie widać. Jak się po maratonie dowiaduję, wyższe sektory jechały z innej uliczki (!), więc pewnie dlatego.
Chwilę gadu gadu, marzniemy trochę, ale po wizycie w Toiu robi mi się cieplej. Zostawiam Markowi sweter i kurtkę. Zimno mi tylko w ręce, palce zaczynają grabieć. Trochę mnie to martwi, ale pocieszam się, że po starcie się rozgrzeją.
Startuję dzisiaj z "ósemki". Olaf i Krzysiek z 9 sektora, więc jestem tam sama. Ale za chwilę zaczepia mnie jakaś laska, okazuje się, że to znajoma z zimowych treningów WKK w Kabatach. Niestety, nie pamiętam jak ma na imię :(
Zimno, zimno, podskakuję, kręcę nogami, rękami..· brrr... Na chwilę muszę przestać, bo pada komenda "Do hymnu". No tak, 3 maja. Mamroczę sobie pierwsze dwie zwrotki do muzyki. Trzeciej słów już nie pamiętam. Potem jest odegrany hymn Sierpca, bardzo krótki.
I wreszcie start. Od razu zaczynam zapierniczać, żeby się rozgrzać. Niestety, jakoś się nie mogę rozgrzać. Zgrabiałe paluchy nie czują manetek ani klamek hamulcowych, będzie kiepsko.


... i właściwie tutaj mogłabym skończyć tę opowieść bo... to jest najnudniejszy maraton Mazovii, w którym miałam okazję do tej pory brać udział. Trasa płaska, nieurozmaicona, nieatrakcyjna widokowo. Po drodze nie ma kompletnie nic wartego wzmianki, nawet żadne wydarzenie z udziałem rowerzystów, nic się nie dzieje, nikt na nikogo nie wjechał ;)
W dodatku trasa jest męcząca bo wszędzie tylko piach piach piach. A jak kończy się piach to jeszcze dale jest trochę piachu. Ja rozumiem, łacha piachu od czasu do czasu, ale tutaj piach przewala się w mniejszych lub większych ilościach przez całą trasę.
Jedynym urozmaiceniem jest jedno łatwo przejezdne błotko i dwa strumyki. Jeden przechodzę na piechotę. W drugim utykam na środku próbując go przejechać (jest głębszy niż wyglądał z brzegu). Całe szczęście, że stąd nie jest już tak bardzo daleko do mety, bo z wodą w butach w takich warunkach pogodowych jak dzisiaj, to chwilkę dłużej i chyba by mi palce odpadły. Zresztą od tego momentu to jedyna myśl jaka gości w mojej głowie to "zimno, ja chcę pod kołderkę, niech ten cholerny maraton już się skończy!"
Jedzie mi się generalnie słabo. Chyba głównie przez te piachy, ale też silny wiatr. Orgowie, niestety, większość trasy poprowadzili polnymi szutrówkami, gdzie wiatr hula w najlepsze. Może do tego też dołożył się do tego mocny trening biegowy w sobotę. Jednak jadąc tymi otwartymi przestrzeniami uczę się, że faktycznie "siedzenie na kole" komuś pomaga. Wyprzedzam w ten sposób kilka osób, przyczepiając się do szybszych rowerzystów.
Jedynym akcentem wartym uwagi jest mój końcowy sprint na asfalcie, gdzie dosłownie chyba z metr przed matą na mecie wyprzedzam jednego gościa :)
Wjeżdżam na mete z uczuciem triumfu, bo było trudno go dogonić ;)
Na mecie okazuje się, że Krzysiek dotarł jakieś 10 minut przede mną :) Super, fajnie, cieszę się, że wreszcie ma dobry sprzęt do jazdy :)
Mimo przebrania się w suche i świeże ciuchy, jest mi potwornie zimno. Marek przynosi mi "posiłek regeneracyjny" ale jest ohydny, nie dojadam do końca. Wolę ciasto.
Zmywamy się dość szybko bo aura nie sprzyja pogaduchom ani siedzeniu na trawce.
Tuż po naszym wyjechaniu z Sierpca zaczyna padać deszcz. Dziękuję niebiosom, że nie zaczął padać w trakcie maratonu!
W Warszawie za oknem robi się szaroburo, chmury wyglądają wyraźnie śniegowo. I faktycznie, wieczorem zaczyna padać mokry, lepki śnieg (!).
Czas: 2:46:42
Open: 22/31
Kat: 7/11
Pozycje nie za dobre, ale rating powyżej 80, to już drugi pod rząd tak wysoki rating na Mega :) Nadal jestem 3 w generalce mojej kategorii, a przesunęłam się do 7 sektora :)
Niestety, nie jestem zadowolona z mojej jazdy. Myślę, że mogłam lepiej. Jednak było mi tak zimno, że myślałam głównie o tym, że jest mi zimno i że mi palce grabieją, a nie o tym, żeby się ścigać.
kadencja 81/107 (o kurczę, niezła kadencja jak na maraton!)
KOW: 8
obciążenie: 1336
twarde przełożenie i wmordewind
Niedziela, 1 maja 2011 Kategoria trening
| Km: | 18.58 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 00:52 | km/h: | 21.44 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | 160160 ( 88%) | HRavg | 128( 71%) |
| Kalorie: | kcal | Podjazdy: | m | Sprzęt: Scott Scale 70 | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
No nie ma to jak mieć zdolności przewidywania sytuacji. Wymyśliłam sobie, tak dla odróżnienia od standardu ;) że dzisiejszy trening zrobię Przyczółkową w przeciwnym kierunku niż zwykle. A więc raźno udałam się w stronę Kabat aby stamtąd zjechawszy ul. Rzekotki i Gąsek dalej pozapylać Przyczółkową w stronę Wilanowa. Jakoś dziwnym trafem nie dało mi do myślenia to, że w stronę Kabat jedzie mi się wprost wspaniale... rzekłabym samo się jedzie...
A zatem, jak to ja, wybrałam sobie NAJGORSZY MOŻLIWY KIERUNEK na zrobienie treningu na twardym przełożeniu... oczywiście nie dało się jechać na 3x9, ni cholery. Maks to było 3x7 i na liczniku 25 km/h. I tak byłam twarda i wyprzedzałam wszystkich mozolących się niedzielnych rowerzystów. Wytrwałam te 10 minut ale znów mięśnie nad kolanami sobie spaliłam ;)
Ja nie wiem, jak wczorajsze bieganie i dzisiejszy wmordewind wpłyną na wynik na wtorkowej Mazovii...
KOW: 6
obciążenie: 312
A zatem, jak to ja, wybrałam sobie NAJGORSZY MOŻLIWY KIERUNEK na zrobienie treningu na twardym przełożeniu... oczywiście nie dało się jechać na 3x9, ni cholery. Maks to było 3x7 i na liczniku 25 km/h. I tak byłam twarda i wyprzedzałam wszystkich mozolących się niedzielnych rowerzystów. Wytrwałam te 10 minut ale znów mięśnie nad kolanami sobie spaliłam ;)
Ja nie wiem, jak wczorajsze bieganie i dzisiejszy wmordewind wpłyną na wynik na wtorkowej Mazovii...
KOW: 6
obciążenie: 312
buraczane buraki
Sobota, 30 kwietnia 2011 Kategoria ze zdjęciami, bieganie
| Km: | 0.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 01:47 | km/h: | 0.00 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| Kalorie: | kcal | Podjazdy: | m | Aktywność: Jazda na rowerze | |||
Ciężki trening. Marek przeziębiony więc musiałam biegać sama :( Skorzystałam z tego, że jesteśmy w Siedlcach i przebiegłam się nad Zalew. Wokół zalewu trzy kółeczka i powrót.
Plan:
20 min rozgrzewka
gimnastyka
2x4km OWB2 x 8 min przerwy
rozbieganie
Rozgrzewka spoko, w tempie 6:08, mogłabym tak biec i biec.
Pierwsze szybsze 4 km jeszcze jakoś - chociaż jak zwykle za szybko zaczęłam i musiałam po 2 km zrobić chwilę oddechu. Tempo na początku niezłe, około 05:30 a potem spadło i średnia z tego odcinka wyrównała się do 06:04.
Drugie 4 km to już masakra. Licznik zatrzymał się w połowie drugiego kilometra i nie chciał się ruszyć. Prawie co 500 metrów odpoczynek a średnia 06:39.
Nie pomagał kompletny brak kultury osiłów siedzących z browarem dookoła Zalewu. Komentarze, docinki, przedrzeźniania. Aż mi się zrobiło smutno :(
Żałowałam, że nie jestem CheEvarą, bo ta to by im pewnie tak odpowiedziała, że by im w pięty poszło ;)
Parę fotek podczas odpoczynku między powtórzeniami




I jedna przy powrocie, kwitnącej magnolii nie mogłam przepuścić:

Wyszedł mi najdłuższy trening biegowy jaki do tej pory zdarzyło mi się zrobić. Obawiam się, że może to mieć negatywny wpływ na wtorkowe zawody w Sierpcu. Ale w końcu to nie ja jestem trenerem.
14,65 km / 1:46:45
hr: 159/173
KOW: 6
obciążenie: 762
Plan:
20 min rozgrzewka
gimnastyka
2x4km OWB2 x 8 min przerwy
rozbieganie
Rozgrzewka spoko, w tempie 6:08, mogłabym tak biec i biec.
Pierwsze szybsze 4 km jeszcze jakoś - chociaż jak zwykle za szybko zaczęłam i musiałam po 2 km zrobić chwilę oddechu. Tempo na początku niezłe, około 05:30 a potem spadło i średnia z tego odcinka wyrównała się do 06:04.
Drugie 4 km to już masakra. Licznik zatrzymał się w połowie drugiego kilometra i nie chciał się ruszyć. Prawie co 500 metrów odpoczynek a średnia 06:39.
Nie pomagał kompletny brak kultury osiłów siedzących z browarem dookoła Zalewu. Komentarze, docinki, przedrzeźniania. Aż mi się zrobiło smutno :(
Żałowałam, że nie jestem CheEvarą, bo ta to by im pewnie tak odpowiedziała, że by im w pięty poszło ;)
Parę fotek podczas odpoczynku między powtórzeniami




I jedna przy powrocie, kwitnącej magnolii nie mogłam przepuścić:

Wyszedł mi najdłuższy trening biegowy jaki do tej pory zdarzyło mi się zrobić. Obawiam się, że może to mieć negatywny wpływ na wtorkowe zawody w Sierpcu. Ale w końcu to nie ja jestem trenerem.
14,65 km / 1:46:45
hr: 159/173
KOW: 6
obciążenie: 762
kiełbaska :)
Piątek, 29 kwietnia 2011 Kategoria ze zdjęciami, trening
| Km: | 34.26 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 01:57 | km/h: | 17.57 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | 165165 ( 91%) | HRavg | 123( 68%) |
| Kalorie: | 1566kcal | Podjazdy: | m | Sprzęt: Scott Scale 70 | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Dzisiaj miało być spokojne 40 minut, wyszło trochę więcej... ale spokojnie ;)
Trening zakończony zeżarciem dwóch kiełbasek w kiełbaskowni koło parku w Powsinie i zapiciem piwkiem. Mniami :)
Na Wilanowie chyba musiało dzisiaj nieźle lać, choć siedząc w pracy nie zauważyłam żeby lało również w cetrum. Ścieżka mokra, trawa świeżozielona, że aż oczy bolą.
A konikom deszcz nie przeszkadzał

kadencja 83/118
KOW: 2
obciążenie: 234
Trening zakończony zeżarciem dwóch kiełbasek w kiełbaskowni koło parku w Powsinie i zapiciem piwkiem. Mniami :)
Na Wilanowie chyba musiało dzisiaj nieźle lać, choć siedząc w pracy nie zauważyłam żeby lało również w cetrum. Ścieżka mokra, trawa świeżozielona, że aż oczy bolą.
A konikom deszcz nie przeszkadzał

kadencja 83/118
KOW: 2
obciążenie: 234
wieczorna przejażdżka
Czwartek, 28 kwietnia 2011 Kategoria wycieczki i inne spontany
| Km: | 17.74 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 01:15 | km/h: | 14.19 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| Kalorie: | 895kcal | Podjazdy: | m | Sprzęt: Scott Scale 70 | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Miałam już dzisiaj nigdzie nie jeździć, siedzieć w domu i czytać gazetkę albo coś... w końcu dzień odpoczynkowy do czegoś zobowiązuje. Ale Marek chciał się wybrać po coś do znajomych a przy okazji zahaczyć o jeszcze jedno miejsce więc w końcu zdecydowałam się Mu towarzyszyć. A zatem niezbyt szybka rundka po mieście, kulturnie chodniczkami i bez tratowania pieszych ;)
koci transporterek
Czwartek, 28 kwietnia 2011 Kategoria dojazdy
| Km: | 18.54 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 01:10 | km/h: | 15.89 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | 149149 ( 82%) | HRavg | 116( 64%) |
| Kalorie: | 1459kcal | Podjazdy: | m | Sprzęt: Scott Scale 70 | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Do pracy dzisiaj standardowo. Natomiast z pracy zdecydowanie nieortodoksyjnie. Albowiem jechałam z zawieszonym na kierownicy kocim transporterkiem. Nawet nie było to szczególnie niekomfortowe, gdyż koci transporterek (bez kota w środku) jest dość lekki a duży uchwyt pozwala na wygodne zawieszenie transporterka na kierownicy tak, żeby się nie obijał i nie bujał.
Problem stanowiła tylko duża powierzchnia tego pudła, która łapała wszelkie, zwłaszcza zaś boczne, podmuchy wiatru. W związku z tym nie podjęłam się jechania z tym ustrojstwem ulicą, zaś jechanie chodnikiem wymagało pewnych umiejętności balansowania. No i tempo musiałam mocno zredukować... ;)
Problem stanowiła tylko duża powierzchnia tego pudła, która łapała wszelkie, zwłaszcza zaś boczne, podmuchy wiatru. W związku z tym nie podjęłam się jechania z tym ustrojstwem ulicą, zaś jechanie chodnikiem wymagało pewnych umiejętności balansowania. No i tempo musiałam mocno zredukować... ;)
jak ja te ćwiczenia dzisiaj zrobię...?
Środa, 27 kwietnia 2011 Kategoria trening siłowy, trening
| Km: | 0.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 02:00 | km/h: | 0.00 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| Kalorie: | kcal | Podjazdy: | m | Aktywność: Jazda na rowerze | |||
Po dzisiejszym mocnym treningu miałam według planu jeszcze ćwiczenia siłowe.
Trzeba przyznać, że było to nie lada wyzwanie, bo nogi miałam mocno zmęczone. A w barku zakwas po noszeniu roweru pod górkę na wczorajszym treningu WKK :)
Dawno poza tym nie udało mi się zrobić treningu siłowego zgodnie z wytyczonym przez p. Jacka planem. Zawsze coś. A to zapomnę, a to pójdziemy z Markiem do znajomych, a to mi się nie chce... Albo przekładam to na inny dzień albo nie robię wcale. Nieładnie.
Zmobilizowałam się jednak.
przysiad z obciążeniem 4x20 (+2x1kg)
sprężyna (ściąganie do klatki piersiowej) 4x16
step z obciążeniem 4x20 (+2x1kg)
pompki 4x11
wspięcia na palcach bez obciążenia 4x16
wiosłowanie na stojąco 4x20 (+2x1kg)
brzuszki ze skrętem 4x26
stabilizacja:
wypad z obciążeniem x5
pseudopompka na piłce rehabilitacyjnej x5
KOW: 5
obciążenie: 600
Trzeba przyznać, że było to nie lada wyzwanie, bo nogi miałam mocno zmęczone. A w barku zakwas po noszeniu roweru pod górkę na wczorajszym treningu WKK :)
Dawno poza tym nie udało mi się zrobić treningu siłowego zgodnie z wytyczonym przez p. Jacka planem. Zawsze coś. A to zapomnę, a to pójdziemy z Markiem do znajomych, a to mi się nie chce... Albo przekładam to na inny dzień albo nie robię wcale. Nieładnie.
Zmobilizowałam się jednak.
przysiad z obciążeniem 4x20 (+2x1kg)
sprężyna (ściąganie do klatki piersiowej) 4x16
step z obciążeniem 4x20 (+2x1kg)
pompki 4x11
wspięcia na palcach bez obciążenia 4x16
wiosłowanie na stojąco 4x20 (+2x1kg)
brzuszki ze skrętem 4x26
stabilizacja:
wypad z obciążeniem x5
pseudopompka na piłce rehabilitacyjnej x5
KOW: 5
obciążenie: 600







